— Z tym bÄ™dzie trudniej — SÄ™pi Dziób zlekceważyÅ‚ pytanie...

Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.
— Od tak dawna nie używaÅ‚em mego nazwiska, że prawie je zapomniaÅ‚em.
— ProszÄ™ sobie przypomnieć! No?
— Mam wrażenie, że siÄ™ nazywam William Saunders.
— SkÄ…d?
— SkÄ…d siÄ™ tak nazywam?
— Nie. SkÄ…d pan przychodzi?! — zagrzmiaÅ‚ generaÅ‚.
— Ze Stanów Zjednoczonych.
— A przezwisko?
— SÄ™pi Dziób.
— O! Jakie bojowe! — w gÅ‚osie Francuza zabrzmiaÅ‚a ironia. — Kto panu je nadaÅ‚?
— Towarzysze.
— Nie wÄ…tpiÄ™, nie wÄ…tpię… Ale powiedziaÅ‚bym o nich raczej: clochardzi.
— Clochardzi? Pierwszy raz sÅ‚yszÄ™ to sÅ‚owo.
— A prawda… Nie zna pan francuskiego. To tacy, co siedzÄ… w dzieÅ„ w swoich Å›mierdzÄ…cych norach, za to w nocy panoszÄ… siÄ™ po ulicach i…
— Aha! — przerwaÅ‚ traper. — Zapewne myÅ›li pan o opryszkach i im podobnej hoÅ‚ocie?
— Tak — potwierdziÅ‚ generaÅ‚.
— Pffttf, pffttf…
Splunął tak blisko głowy oficera, że ten cofnął się z obrzydzeniem i, bardziej zdziwiony niż zły, zawołał:
— CzÅ‚owieku, co ci strzeliÅ‚o do gÅ‚owy?! Nie wiesz, z kim rozmawiasz?
— Wiem aż za dobrze.
— ProszÄ™ wiÄ™c zachowywać siÄ™ przyzwoicie! WracajÄ…c do rzeczy. Kim byli paÅ„scy kompani?
— Kompani? Ależ mówi pan dziwnym jÄ™zykiem! KalkulujÄ™ jednak, że idzie o moich towarzyszy?
— Tak.
— Dzielne chÅ‚opy, którzy jednakowo traktujÄ… ludzi, choćby byli generaÅ‚ami i zwierzÄ™ta. MyÅ›liwi, traperzy, squatterzy i Indianie. Trzeba panu wiedzieć, że chyba nie znajdzie siÄ™ czÅ‚owieka prerii, który by nie miaÅ‚ przezwiska. Jeden przybiera je od jakiegoÅ› przymiotu, inny od cechy fizycznej czy szczególnego znaku. NajwiÄ™kszÄ… mojÄ… zaletÄ… jest nos. Czyż można siÄ™ dziwić, że te urwipoÅ‚cie nazwaÅ‚y mnie SÄ™pim Nosem lub SÄ™pim Dziobem?
— A wiÄ™c jest pan traperem? Czy zawsze zajmowaÅ‚ siÄ™ pan tylko myÅ›listwem?
— Nie tylko. Jeszcze jadÅ‚em, piÅ‚em, spaÅ‚em, cerowaÅ‚em sobie spodnie, żuÅ‚em tytoÅ„, nie stroniÅ‚em od kobiet, gdy zdarzyÅ‚a siÄ™ okazja…
— Å»artuje pan sobie ze mnie?
— Nie.
— Nie radziÅ‚bym! Zna pan Juareza?
— Owszem, bardzo dobrze.
— WalczyÅ‚ pan pod jego rozkazami? Przeciw Francuzom?
— Tak. Oni walczyli przeciwko mnie, ja przeciw nim.
— ZabijaÅ‚ pan moich rodaków?
— Być może. Podczas walki trudno biegać za kulami i patrzeć, w kogo trafiajÄ….
— BraÅ‚ pan udziaÅ‚ w bitwie pod Cena Sonores?
— Tak.
— Zna pan tych żoÅ‚nierzy? — wskazaÅ‚ na trzech dragonów, stojÄ…cych pod Å›cianÄ….
Sępi Dziób przyjrzał im się badawczo:
— Trudno powiedzieć, że znam. Ale niedawno widziaÅ‚em ich za miastem, w obozie.
— TwierdzÄ…, że w tamtej bitwie strzelaÅ‚ pan bardzo celnie. I to do naszych!
— Cieszy mnie ta ocena. Dobry strzelec z przykroÅ›ciÄ… dowiaduje siÄ™, że pudÅ‚owaÅ‚.
— Dosyć tych bÅ‚azeÅ„stw! — rozzÅ‚oÅ›ciÅ‚ siÄ™ generaÅ‚. — Tu chodzi o Å›mierć i życie! StrzelaÅ‚ pan do Francuzów, jest pan wiÄ™c mordercÄ….
— Czyżby? Jestem żoÅ‚nierzem jak ci paÅ„scy ludzie, którzy na mnie donieÅ›li, nie zaÅ› mordercÄ….
— No, niech panu bÄ™dzie. WycofujÄ™ to sÅ‚owo. Ale jest pan buntownikiem i zgodnie z cesarskim dekretem bÄ™dzie pan rozstrzelany.
— Ja buntownikiem? Panie generale! ProszÄ™ przeczytać ten dokument.
Wyciągnął z kieszeni jakieś papiery i jeden podał generałowi. Rzuciwszy nań okiem, Francuz zawołał:
— WiÄ™c byÅ‚ pan kapitanem amerykaÅ„skich dragonów?
— Tak. Można nim zostać mimo dÅ‚ugiego nosa. GeneraÅ‚ puÅ›ciÅ‚ tÄ™ uwagÄ™ mimo uszu.
— Ale przyÅ‚Ä…czyÅ‚ siÄ™ pan do meksykaÅ„skiej bandy.
— Jak pan Å›mie nazywać bandÄ… wojsko Juareza?! ProszÄ™ zapoznać siÄ™ z tym jeszcze — podaÅ‚ drugi dokument. — To patent wystawiony przez Juareza, że jestem dowódcÄ… ochotniczej kompanii strzelców.
Genarał wzruszył ramionami.
— A wiÄ™c walczyÅ‚ pan pod Juarezem, mimo że jest pan oficerem armii Stanów Zjednoczonych! Dla mnie zasÅ‚uguje pan na jedno tylko miano: dezertera!
— Nawet gdybym uciekÅ‚, odpowiadaÅ‚bym wyÅ‚Ä…cznie przed moim prezydentem. Ale prawda jest taka, że dostaÅ‚em bezterminowy urlop. Prezydent pozwoliÅ‚ mi walczyć z Juarezem. Oto kolejny dowód — wyciÄ…gnÄ…Å‚ trzeci papier.
— ZnalazÅ‚ siÄ™ pan jednak u nas! ZakradÅ‚ tutaj! Jest wiÄ™c pan szpiegiem!
— Ja szpiegiem?! Co za bzdura! A w dodatku zostaÅ‚em zdemobilizowany. ProszÄ™ przeczytać ten dokument.
Generał rzucił nań okiem.
— RzeczywiÅ›cie — powiedziaÅ‚ — Juarez zwolniÅ‚ pana ze sÅ‚użby. Nie zmienia to jednak istoty rzeczy.
— Czy każdy obcy, przebywajÄ…cy w pobliżu waszych wojsk, jest uważany za szpiega?
— Nie mam ani czasu, ani ochoty dÅ‚użej z panem dyskutować. W myÅ›l dekretu cesarskiego każdy, kto stanie z broniÄ… w rÄ™ku przeciw wojskom cesarza, uważany być winien za buntownika i musi ponieść Å›mierć przez rozstrzelanie. Wyrok już zapadÅ‚.
Traper wyprostował się.
— Generale, jest pan poddanym cesarza Francji, który uznaÅ‚ cesarza Meksyku, arcyksiÄ™cia austriackiego Maksymiliana, musi wiÄ™c pan stosować siÄ™ do rozkazów obu tych wÅ‚adców. Ale ja jestem obywatelem Stanów Zjednoczonych. Mój prezydent nie uznaje i nigdy nie uznawaÅ‚ cesarza Meksyku. Jasne wiÄ™c, że zarzÄ…dzenia arcyksiÄ™cia austriackiego sÄ… mu, a i mnie także, jako obywatelowi amerykaÅ„skiemu najzupeÅ‚niej obojÄ™tne.
WÄ…tki
Powered by wordpress | Theme: simpletex | © Jak ciÄ™ zÅ‚apiÄ…, to znaczy, że oszukiwaÅ‚eÅ›. Jak nie, to znaczy, że posÅ‚użyÅ‚eÅ› siÄ™ odpowiedniÄ… taktykÄ….