Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.
Pani Weldon może korzystać z mojego konia, którego pozostawiłem nad rzeczką, a którego oddaję jak najchętniej do dyspozycji mojej rodaczce i jej małemu synkowi. Co zaś do odległości, to idąc brzegami rzeczki, przy której się spotkaliśmy, mielibyśmy istotnie 200 mil do zrobienia;jeżeli jednak pójdziemy wprost przez las, to skrócimy sobie znacznie drogę, o połowę przynajmniej, tak, iż robiąc po dziesięć mil dziennie - 16
kilometrów, co nikogo zmęczyć zbytnio nie może, dotarlibyśmy do San Felice po upływie jakiegoś tygodnia. I jeżeli państwo macie wystarczające zapasy żywności, to możemy śmiało choćby dziś jeszcze wyruszyć. Prowiant, który ja mam ze sobą, wystarczy dla jednego zaledwie człowieka. - O, żywności mamy dosyć i chętnie podzielilibyśmy się nią z panem w razie potrzeby - odpowiedziała pani Weldon. - W takim razie i ta ostatnia trudność już nie istnieje wesoło powiedział Amerykanin - i moim zdaniem zrobilibyśmy bardzo dobrze, gdybyśmy wyruszyli w drogę natychmiast, nie tracąc czasu. Dick wciąż miał jednak pewne wątpliwości. Jako marynarzowi, ciężko było mu rozstawać się z morzem, perspektywa zagłębienia się w nieznany las niezbyt mu się uśmiechała. Swe wahania wyraził on w całej serii pytań, z którymi zwrócił się do pana Harrisa. - Niech mi pan zechce powiedzieć czy nie byłoby rozsądniej, byśmy, zapominając o Limie, udali się brzegami morza do pierwszego lepszego nadmorskiego miasta? Trudności podróży są wszędzie mniej więcej takie same, droga brzegiem z wielu względów wydaje się mi nie tylko bardziej racjonalna, lecz nade wszystko bezpieczniejsza. Harris, gdy usłyszał te słowa, nachmurzył się, niczym jednak nie pokazał, że uwagi chłopca nie przypadają mu do gustu, co wyraziło się w jego odpowiedzi. - Bardzo możliwe, iż słuszność byłaby po pana stronie, gdyby nie okoliczność, że najbliższe portowe miasto znajduje się w odległości 600 mil. - A czy nie moglibyśmy tutaj doczekać nadpłynięcia jakiegoś statku linii, które obsługują wybrzeża Peru, Boliwii i Chile? Niechby to była choćby mała łódź rybacka. Harris, usłyszawszy to pytanie, uśmiechnął się tylko, a potem odpowiedział: - Czyżby pan nie zauważył, do jakiego stopnia brzegi tego morza są niegościnne? Wszystkie statki trzymają się, o ile to możliwe, jak najdalej od nich. A i pan, mój młody przyjacielu, czy spotkał choć jeden statek w czasie swej podróży? Dick Sand ze smutkiem opuścił głowę. - A więc decyzja zapadła - rozstrzygnęła wątpliwości Dicka pani Weldon - przyjmujemy pańską pomoc, panie Harris i z góry za nią dziękujemy. - Pozwolę sobie w takim razie doradzić, byśmy wyruszyli w podróż jeszcze dziś;w początkach kwietnia bowiem rozpoczyna się tutaj pora deszczowa, w czasie której podróżowanie jest bardzo trudne. - W takim razie trzeba zająć się przygotowaniami - powiedział Dick Sand energicznie. - Hej, towarzysze - zawołał, zwracając się do Murzynów - musimy się przygotować do drogi. Trzeba będzie zabrać wszystkie potrzebne przedmioty oraz zapasy żywności, a następnie podzielić to wszystko tak, by każdy z nas miał coś do niesienia. - Panie Sand - odezwał się Herkules - niech mi pan pozwoli, bym ja poniósł wszystko. - Nie, nie mogę się na to zgodzić, poczciwy Herkulesie, byłoby to niesprawiedliwe, by jeden z nas tylko uginał się pod nadmiernym ciężarem, inni zaś szli swobodnie. - No, tego kolosa nie tak łatwo byłoby zamęczyć pracą - zauważył Harris, obrzucając młodego atletę chciwym spojrzeniem - drogo zapłacono by za ciebie na afrykańskich targach! - Nie jestem na sprzedaż - odparł mrukliwie Murzyn. Gdy zostało zdecydowane, że zapasów wziąć należy tyle tylko, by starczyło ich na dwanaście dni, pani Weldon zaprosiła Harrisa na śniadanie. - Uprzejmie dziękuję za łaskawe zaproszenie i przyjmuję je chętnie - odpowiedział Amerykanin - lecz pozwolą mi państwo, iż przedtem przyprowadzę tutaj mego konia? - Czy pan pozwoli, bym mu towarzyszył? - zapytał Dick. - Ależ z największą przyjemnością, mój młody przyjacielu. Przy sposobności pokażę ci kierunek, w jakim płynie widziana przez nas rzeczka. Gdy para nowych znajomych udała się w niedaleką drogę, pani Weldon pośpieszyła do groty, ażeby pomóc Noon w przygotowaniu śniadania, które pragnęła uczynić, o ile to możliwe, najwspanialszym. Wydobyła najsmakowitsze konserwy i wkrótce zapach gotowanej szynki i aromatycznej kawy w najlepszym gatunku wypełniły całą grotę. W tym czasie Harris i Dick zapuścili się w las, w którym znaleźli przywiązanego do drzewa konia. W powrotnej drodze Dickowi przyszła do głowy myśl zadać Amerykaninowi pytanie, którego ten z pewnością się nie spodziewał: - Niech mi pan wybaczy to pytanie, panie Harris;czy nie spotkał pan kiedykolwiek w swych podróżach Portugalczyka imieniem Negoro? - Negoro? - zapytał Amerykanin, z miną człowieka kompletnie zaskoczonego. - A któż to taki? - Był on naszym kucharzem na statku - powiedział Dick, nie spuszczając wzroku z nieznajomego - uratował się razem z nami, a następnie przepadł nie wiadomo gdzie. - Może utonął, biedaczysko? - dobrodusznie zapytał Harris, udając, że nie zauważył badawczego spojrzenia chłopca. - Nie, nie utonął, mogę to stwierdzić z całą pewnością, gdyż cały wczorajszy wieczór spędził on w grocie wraz z nami. Następnie znikł. Więc pomyślałem, że może pan go spotkał nad brzegami tej rzeczki. - Nie spotkałem nikogo. Jeżeli jednak ten wasz kucharz, jak pan przypuszcza, udał się istotnie do lasu, to go może, błąkającego się, gdzieś spotkamy? - Możliwe - odpowiedział zamyślony Dick, uspokojony widocznie jasnymi odpowiedziami Amerykanina.
|
WÄ…tki
|