Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.
„Teraz musisz iść” — powiedziała.
„Ale właściwie dlaczego? — spytałem. — Nie mógłbym zaczekać, aż twój ojciec zejdzie do sklepu?” „Jak zejdzie z góry o dziewiątej, musisz tu być z powrotem — powiedziała Maria. — Idź, powiedz o tym swojemu bratu, zanim ktokolwiek inny się dowie.” „Dobrze — odparłem. — Masz rację. A ty — już znowu się zaczerwieniłem — nie musisz iść do szkoły?” „Nie pójdę dziś — powiedziała. — Nigdy już nie pójdę do szkoły. Wracaj prędko.” Ciężko mi było od niej odejść, odprowadziła mnie do drzwi sklepu, a ja pocałowałem ją na progu, tak że Schmitz i jego żona mogli mnie z przeciwka widzieć. Łypali oczami jak ryby, które nagle ze zdziwieniem stwierdziły, że już dawno połknęły haczyk. Odszedłem nie oglądając się za siebie. Było zimno, podniosłem kołnierz, zapaliłem papierosa, nakładając drogi poszedłem przez rynek, potem Franziskanerstrasse i na rogu Koblenzer Strasse wskoczyłem do jadącego autobusu; konduktorka przycisnęła guzik otwierający drzwi, pogroziła mi palcem, kiedy zatrzymałem się przy niej, żeby zapłacić, i potrząsając głową spojrzała na mego papierosa. Zgasiłem go, wrzuciłem drobne do kieszeni i przeszedłem do środka wozu. Stanąłem i patrząc na Koblenzer Strasse myślałem o Marii. Widocznie coś w mojej twarzy wprowadziło w zły humor człowieka stojącego obok mnie. Opuścił nawet gazetę, rezygnując ze swojego „Strauss: z całą konsekwencją!'', zsunął na czubek nosa okulary, przyjrzał mi się i kręcąc głową mruknął: „Nie do wiary”. Siedząca za nim kobieta — o mało nie potknąłem się o jej torbę z marchwią — kiwnięciem głową potwierdziła słuszność jego komentarza i bezgłośnie poruszyła wargami. Tego dnia wyjątkowo uczesałem się grzebieniem Marii przed jej lustrem, miałem na sobie szarą, czystą, zupełnie normalną marynarkę, a mój zarost nie był tak silny, żeby po jednym dniu niegolenia mógł mnie zamienić w istotę „nie do wiary”. Nie jestem ani za wysoki, ani za niski, nie mam tak długiego nosa, żeby go musiano wymieniać w paszporcie jako znak szczególny. W rubryce znaków szczególnych napisano: nie ma. Nie byłem ani brudny, ani pijany, a jednak kobietę z workiem marchwi zirytował mój widok bardziej niż tamtego mężczyznę, który w końcu, po ostatnim rozpaczliwym potrząśnięciu głową, przesunął z powrotem w górę okulary i zajął się konsekwencją Straussa. Kobieta wyrzucała z siebie bezgłośne przekleństwa, niespokojnie kręciła głową, aby przekazać innym pasażerom to, czego jej usta nie wypowiadały. Do dziś nie wiem, jak wyglądają Żydzi, gdybym to wiedział, mógłbym wywnioskować, czy brała mnie za Żyda, ale myślę, że raczej nie chodziło jej o mój wygląd, tylko o to, co było w moim wzroku, kiedy patrząc na ulicę myślałem o Marii. Ta niema wrogość działała mi na nerwy, wysiadłem o jeden przystanek wcześniej i przeszedłem na piechotę kawałek Ebertallee, zanim skręciłem w kierunku Renu.
|
Wątki
|