Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.
Ulicę przebiegli szczęśliwie, ale zaledwie dopadli ruin, niezwykle silny ogień przykuł ich do gruzowiska. Kiedy nieco zelżał, Jan wpadł do ruin wypalonego domu przy Bielańskiej 3, a po chwili skoczył z pierwszego piętra na gruz podwórza skierowanego do Senatorskiej i biegł w czerwonawych połyskach pożaru. Jego szczupła sylwetka wyróżniała się wśród towarzyszących mu żołnierzy polskim mundurem oficerskim i polskim hełmem. Biegnąc strzelał z pistoletu. Wpadł na wysokie usypisko gruzów, za którym znajdowało się stanowisko nieprzyjacielskie. Dobiegając szczytu pagórka rzucił granat na drugą jego stronę, przypadł na chwilę do ziemi, po czym zerwał się i biegł naprzód, a za nim jego poczet. Nagle z ciemnych okien budynku - błysk ognia kilku luf uderzył w ich piersi z odległości niewielu metrów. Pod nogami rwały się granaty... Major Jan poległ.
A wraz z nim jego poczet: Brat, Kruk, Jaga. Kilku ocalałych chłopców “Maćka” pełzło z powrotem w kierunku Bielańskiej. Szturm załamał się. Ogień nieprzyjacielski ryglujący Bielańską stał się tak intensywny, a pociski granatników rozrywające się na terenie walki tak gęste, iż oddziały powstańcze zaniechały dalszych prób przebijania się. Części nacierających udało się przedrzeć z powrotem do rejonu banku. Ludzi “Rudego” wśród nich nie było. Dniało. Bitwa wygasła. Tylko w rejonie kościoła Świętego Antoniego przy Senatorskiej trwała jeszcze strzelanina. Coraz słabsza zresztą. Łączniczka Basia, która tego ranka ocknęła się z omdlenia na gruzowisku w pobliżu poległego majora Jana, była świadkiem mordowania przez wroga rannych i zbłąkanych, wziętych z pobojowiska. Sama uszła śmierci. Gdyby tego wczesnego ranka nieprzyjaciel ruszył na stanowiska powstańcze, mógłby opanować łatwo Stare Miasto, ale dowództwo niemieckie nie zorientowało się w sytuacji. Oddziały powstańcze, wyczerpane fizycznie i moralnie, zajęły jednak ponownie opuszczone stanowiska, a odpływające z Hipotecznej i Długiej masy ludzkie uniknęły masakry. “Parasol” też należał do oddziałów szturmowych, mających wyrąbać przejście z kotła staromiejskiego do Śródmieścia. Walczył na prawym skrzydle, w grupie uderzeniowej majora Sosny. W ramach tej grupy otrzymał trudne zadanie przebicia ulicy Długiej. Batalion - a właściwie resztki batalionu - miał zdobyć szereg domów obsadzonych przez nieprzyjaciela i “odkorkować” wylot Długiej na Bielańską. A więc należało wielokrotnie powtórzyć akcję niedawno przeprowadzoną z tak złym skutkiem przez Rafała. Kompanie “Parasola” - raczej ich strzępy - zajęły stanowiska wyjściowe na Długiej 29. Natarciem dowodził Wacek, wciąż jeszcze z opaską na zranionym czole i z niezmiennym wyrazem zaciętości na szczupłej twarzy. To była okrutna praca. Przedarto się przez fatalny dla Rafała wyłom na obszar Długiej 31 i w ciężkiej walce wręcz posuwano się domami Długiej 31-35. Wywalczać należało pokój po pokoju. Pistoletami i granatami. Pluton krzywonosego Górala, stanowiący przez pewien czas czoło szturmu, dał z siebie więcej, niż można było oczekiwać. Na jednym z podwórzy Wacek został ciężko ugodzony w nogę pociskami karabinu maszynowego. Usiłował jeszcze przez pewien czas dowodzić natarciem, musiano go jednak wynieść z powodu upływu krwi. Dowództwo objął Jeremi i wysunąwszy się na czoło do plutonu Górala, kierował dalszym przebijaniem się. Jak za dotknięciem różdżki czarodziejskiej powróciła doń nagle siła ciała i twardość duszy, Z krzykiem “hura!” rzucali się obydwaj z Góralem w kurz i dym, w świst pocisków i odłamków, w wybuchy i błyski. Jeszcze kilka izb, jeszcze kilka pięter. I następny dom. Wtem - przeciwuderzenie Niemców. Teraz oni wrzeszczą “hura” i teraz ludzie “Parasola” cofają się ku tyłowi, opuszczając w takiej męce zdobyte pokoje, piętra. Jeremi, spocony, z oczami wychodzącymi z orbit od natężenia głosu, organizuje obronę i nasze przeciwuderzenie. W owym straszliwym chaosie dźwięków i migotu świateł, bólu i jęków zapełniających izby, wśród których trwa bój, udaje się mu wreszcie zaprowadzić pewien ład. I znów któryś z plutonów “Parasola” krzyczy “hura”, i znów Jeremi z chłopcami przedziera się do przodu. Silne szarpnięcie w nogę - krew. Na szczęście rana nie jest groźna i po prowizorycznym opatrunku Jeremi kieruje walką dalej. Nie powinien zresztą odejść, bo prócz Wacka zostaje. z terenu walki wyniesiony dowódca trzeciej kompanii - Jurek Lot, a wnet potem Konrad. Akcja przebicia nie powiodła się także i na tym terenie. “Parasol” miał wielu rannych i był już jasny dzień. Wobec niemożności dalszego posuwania się naprzód musiano przerwać ataki.
|
Wątki
|