- Lenny?- Tak?- O czym ty właściwie mówisz?Chociaż bardzo się zmienił, wciąż widziałem w Lennym chłopca...

Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.
Dlatego trudno mi było poważnie traktować jego rady. Nie zrozumcie mnie źle. Wiedziałem, że jest bystry. Cieszyłem się razem z nim, kiedy został przyjęty do Princeton, a potem na prawo na Columbia University. Razem zdawaliśmy do szkoły i chodziliśmy na zajęcia fakultatywne z chemii. Jednak wspólnie spędzane piątkowe i sobotnie wieczory przyćmiewały mi ten obraz Lenny'ego.
Jeździliśmy staromodnym kombi jego ojca, wkręcając się na prywatki. Zawsze byliśmy wpuszczani, lecz nigdy mile widziani - członkowie tej licznej szkolnej większości, którą nazywałem Wielkimi Niewidzialnymi. Tkwiliśmy w kącie, popijając piwo i podrygując w rytm muzyki, starając się rzucać w oczy. Nigdy nam się to nie udawało. Przeważnie kończyliśmy te wieczory, jedząc smażony ser w Heritage Diner lub na boisku piłki nożnej za szkołą średnią imienia Benjamina Franklina, leżąc na plecach i licząc gwiazdy. Łatwiej było rozmawiać, nawet z najlepszym przyjacielem, kiedy patrzyło się w gwiazdy. - W porządku - powiedział Lenny, zgodnie ze swym zwyczajem podkreślając to energicznym gestem. - Rzecz w tym, że od tej pory powinieneś rozmawiać z gliniarzami wyłącznie w mojej obecności.
Zmarszczyłem brwi.
- Poważnie?
- Może przesadzam, ale widziałem już takie sprawy. Nie takie jak ta, ale wiesz, o czym mówię. Głównymi podejrzanymi zawsze są członkowie rodziny.
- Mówisz o mojej siostrze.
- Nie, mówię o bliskiej rodzinie. A dokładnie, o najbliższej rodzinie.
- Chcesz powiedzieć, że policja mnie podejrzewa?
- Nie wiem, naprawdę nie wiem. - Zamilkł, ale nie na długo. - No dobrze, zapewne tak.
- Przecież zostałem postrzelony, pamiętasz? Porwano moje dziecko.
- No właśnie, a to tym bardziej cię obciąża.
- Jak to?
- Z upływem czasu będą podejrzewali cię coraz bardziej.
- Dlaczego?
- Nie wiem. Po prostu tak już jest. Posłuchaj, porwaniami zajmuje się FBI. Wiesz o tym, prawda? Jeśli dziecka nie ma dwadzieścia cztery godziny, zakładają, że przewieziono je przez granicę stanu i przejmują sprawę.
- I co?
- I po mniej więcej dziesięciu dniach ściągnęli tu masę agentów.
Założyli podsłuch na wszystkie twoje telefony i czekali na żądanie okupu albo coś takiego. Jednak później stracili zapał.
Oczywiście, to zupełnie normalne. Nie mogli czekać w nieskończoność, pozostawili więc tylko agenta lub dwóch. Zmieniło się ich podejście do sprawy. Porwanie dla okupu stało się mniej prawdopodobne; zaczęli podejrzewać, że to było zwykłe uprowadzenie. Mimo to sądzę, że wciąż podsłuchują twoje rozmowy. Jeszcze o to nie pytałem, ale zrobię to. Będą twierdzili, że pozostawili podsłuch na wypadek, gdyby jednak ktoś zadzwonił z żądaniem okupu. Jednak robią to w nadziei, że powiesz coś, co cię obciąży.
- I co z tego?
- To, że powinieneś uważać - rzekł Lenny. - Pamiętaj, że twoje telefony: domowy, służbowy, komórkowy zapewne są na podsłuchu.
- Ponownie zapytam: i co z tego? Ja nic nie zrobiłem.
- Nie zrobiłeś...? - Lenny pomachał rękami, jakby chciał wzbić się w powietrze. - Słuchaj, po prostu bądź ostrożny. Może trudno ci w to uwierzyć, ale postaraj się nie paść ze zdziwienia - policja czasem preparuje i podrzuca dowody.
- Zadziwiasz mnie. Chcesz powiedzieć, że podejrzewają mnie tylko dlatego, że jestem ojcem i mężem?
- Tak - odparł Lenny - i nie.
- No tak, dzięki, to wszystko wyjaśnia.
Zadzwonił telefon stojący przy moim łóżku. Znajdowałem się na drugim końcu pokoju.
- Możesz odebrać? - zapytałem.
Lenny podniósł słuchawkę.
- Pokój doktora Seidmana. - Słuchając rozmówcy, spochmurniał.
Rzucił do słuchawki „chwileczkę” i oddał mi ją, jakby była brudna. Obrzuciłem go zdziwionym spojrzeniem i powiedziałem:
- Halo?
- Halo, Marc. Tu Edgar Portman.
Ojciec Moniki. To wyjaśniało reakcję Lenny'ego. Głos Edgara, jak zawsze, brzmiał nazbyt formalnie. Niektórzy ludzie starannie dobierają słowa. Nieliczni, tak jak mój teść, ważą każde z nich, zanim je wypowiedzą. Zaskoczył mnie.
- Cześć, Edgarze - powiedziałem. - Jak się masz?
- Dobrze, dziękuję. Przykro mi, że nie zadzwoniłem do ciebie wcześniej. Carson mówił mi, że powoli dochodzisz do siebie. Uznałem, że nie powinienem ci przeszkadzać.
- Miło z twojej strony - odparłem nieco sarkastycznie.
- No cóż, podobno dziś wychodzisz ze szpitala.
- Zgadza się.
Edgar odchrząknął, co zupełnie nie było w jego stylu.
- Zastanawiałem się, czy nie mógłbyś wpaść do domu.
Wątki
Powered by wordpress | Theme: simpletex | © Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.