Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.
120 - W powietrzu jest znacznie łatwiej. Nie ma tam żadnej drogi i nie trzeba przez cały czas trzymać urządzeń sterowniczych —mówi. Przyjeżdżamy na lotnisko, Bennett parkuje samochód, otwiera hangar i z dumą pokazuje mi swój samolot — niewielki czerwono-biały jednosilnikowy Cessna Cardinal. Wyciąga go na pole startowe i sprawdza, potem jeszcze raz sprawdza, a potem jeszcze raz. A potem rozgrzewa silnik. Jest bardzo zimno i wieje północny wiatr. Z niecierpliwością, ale także z rosnącym spokojem obserwuję Bennetta, który sprawdza wszystko po kilka razy. Jeśli jego touretyczna natura każe mu sprawdzać wszystko trzy lub pięć razy — tym lepiej dla nas. Podobne uczucie pewności towarzyszyło mi, gdy obserwowałem go podczas operacji — czułem, że jego touretyzm czyni go dokładniejszym i skrupulatniejszym, nie tłumiąc przy tym jego intuicji, jego wolności. Wszystko skontrolowane. Bennett ruchem akrobaty wskakuje do samolotu, przyśpiesza obroty silnika i startuje. Kiedy wznosimy się, nad Górami Skalistymi wschodzi słońce i zalewa naszą małą kabinę złotym światłem. Wzlatujemy na wysokość dziewięciu tysięcy stóp, a Bennnett nerwowo się porusza, klepie rękami, dotyka okularów, wąsów, sufitu kabiny. To nie są silne tiki, myślę, ale co by było, gdyby miał takie? Co będzie, jeśli zechce zrobić młynek albo koziołka, albo pętlę? A co się stanie, jeśli poczuje wewnętrzną potrzebę, żeby wychylić się i dotknąć śmigła? Touretyków fascynują wirujące przedmioty; wyobrażam sobie Bennetta wychylającego się przez okno i kurczowo próbującego dotknąć śmigła. Ale jego tiki i kompulsje są słabe — kiedy zdejmuje rękę ze steru, samolot dalej spokojnie leci. Na szczęście nie ma tu żadnej wytyczonej drogi. Nie ma znaczenia, czy wzniesiemy się, czy opadniemy o pięćdziesiąt stóp. Mamy całe niebo do zabawy. A Bennett, urodzony lotnik, jest jak dziecko, które się bawi. Taka jest właśnie część jego touretycznej natury — potrafi ulec wewnętrznej potrzebie zabawy, którą my najczęściej skrywamy lub którą już dawno utraciliśmy. Wolność i przestrzeń wprawiają go w zachwyt; jego wzrok jest beztroski, chłopięcy — nieczęsto widywałem go 121 takiego na ziemi. Wznosząc się, lecimy teraz nad pierwszymi szczytami — strażnikami Gór Skalistych; pod nami rozciągają się przestrzenie porośnięte żółtawymi modrzewiami. Znajdujemy się jakieś tysiąc stóp nad szczytami. Zastanawiam się, czy Bennett, gdyby był sam, miałby ochotę przelecieć nad nimi w odległości dziesięciu stóp, w odległości centymetrów — touretycy czują silny pociąg do tego typu ryzykownych sytuacji. Na wysokości dziesięciu tysięcy stóp wlatujemy w korytarz pomiędzy szczytami gór, po naszej prawej stronie ich grzbiety oświetla poranne słońce — ich cień odbija się na stokach po naszej lewej. Na wysokości jedenastu tysięcy stóp widzimy Góry Skaliste na całej ich szerokości, która w tym miejscu wynosi zaledwie pięćdziesiąt pięć mil. Na wschód od nas rozciąga się złota preria prowincji Alberta. Przed oczami miga mi ramię Bennetta, jego prawa ręka delikatnie uderza w przednią szybę. — Patrz, góry osadowe! — pokazuje przez okno. — Wypiętrzyły się z dna morza pod kątem siedemdziesięciu, osiemdziesięciu stopni. Bennett patrzy na strome wierzchołki skał, jakby to byli jego starzy przyjaciele; świetnie czuje się w ich bliskości. Na nie oświetlonych słońcem stokach leży jeszcze śnieg, podczas gdy tam, gdzie słońce dociera, dawno już zniknął; na całej północno-zachodniej stronie widzimy ciągnące się w kierunku Banff górskie lodowce. Bennett porusza się, potem znów się porusza i jeszcze raz — stara się ustawić kolana symetrycznie do urządzeń sterujących. Mijamy granicę prowincji Alberta — za nami czterdzieści minut lotu. Pod nami wije się rzeka Highwood. Schodzimy z północnego kierunku i skręcamy nieznacznie w stronę Calgary. Za sobą zostawiamy porośnięte osikami ostatnie zbocza Gór Skalistych. Lecimy teraz niżej; pod nami rozciągają się pola pszenicy i lucerny — farmy, rancza, żyzne prerie — ale i tu wszędzie rosną złociste osiki. Wśród pól, na płaskiej równinie wyrastają nagle wzgórza Calgary. W radiu pojawiają się zakłócenia — wielki rosyjski transportowiec schodzi do lądowania; trzeba szybko otworzyć główny pas startowy, zamknięty na czas konserwacji. Nadlatuje następny potężny samolot — z zambijskich linii lotniczych. Samoloty z całego 122 świata właśnie w Calgary przechodzą poważne remonty i konserwację; to lotnisko, jak mówi Bennett, dysponuje najlepszym sprzętem naprawczym w całej Ameryce Północnej. W całym tym wielkim zamieszaniu Bennett podaje przez radio naszą pozycję i krótką informację (samolot Cardinal o długości piętnastu stóp z touretykiem i neurologiem na pokładzie). Odpowiedź jest natychmiastowa, tak rzetelna i dokładna, jakbyśmy byli Boeingiem 747. Wszystkich pilotów traktuje się na świecie zawsze tak samo. A świat pilotów to zupełnie oddzielna kraina, to masoneria, ze swoim tajemniczym językiem, znakami, mitami i zasadami. Najwyraźniej Bennett jest w tym świecie znany — po wylądowaniu jeden z kontrolerów ruchu od razu rozpoznaje go i wesoło do niego kiwa. Bennett niespodziewanie szybko i raptownie wyskakuje z samolotu — podążam za nim wolniejszym, „normalnym" krokiem — i już po chwili rozmawia ze stojącymi na polu startowym dwoma potężnymi, młodymi mężczyznami — braćmi Kevinem i Chuckiem, którzy są czwartym pokoleniem pilotów w Górach Skalistych. Obaj świetnie go znają. — Jest jednym z nas — mówi do mnie Chuck. — W porządku facet. Touretyk? No i co z tego? To dobry człowiek. I cholernie dobry pilot. Prowadzą luźną rozmowę przeplataną niezwykłymi historiami. Nie trwa to długo. Bennett musi wracać do Branford — o jedenastej ma wykład dla grupy pielęgniarek, a
|
WÄ…tki
|