— Ano dobrze, czemuż by nie? Naturalnie, że się zgadzam, skoro mnie ty o to prosisz, Kubo!Zaraz też ruszył razem z Kubą w stronę Kocandy...

Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.
Kuba spod oka popatrywał na starca, aż w końcu nie wytrzymał, przystanął i zapytał:
32
— A skąd wy, dziadku, się telepiecie i kim właściwie jesteście?
— Nigdy w świecie byś, Kubo, nie zgadł, skąd i dokąd idę, i kim naprawdę jestem. Ale skoro chcesz wiedzieć, kogoś prosił w kumy i kogo to żonie prowadzisz do domu, to ci powiem: jestem Pan Bóg!
Na to Kuba skoczył jakby go co ugryzło.
— Jeśliście wy naprawdę Pan Bóg niebieski, to ja was za ojca chrzestnego nie chcę!
— A to czemu, Kubo?
Kuba spojrzał na swoje postrzępione nogawice, przypomniało mu się, jak uciekał przed psami Panderholi i wypalił prosto w twarz staruszkowi:
— Bo nie jesteście sprawiedliwyl Gdybyście byli choć trochę sprawiedliwy, to byście tego chciwca Panderholę porazili gromem, kiedy mi nie chciał dać ani ociupiny wysłodzin dla moich głodnych dzieci!
Staruszek na to ani mru-mru, odwrócił się i w jednej chwili znikł, jakby ziemia się pod nim rozstąpiła. Kuba poszedł dalej, aż na to czarne rozstaje, gdzie rosną stare rozłożyste orzechy, pod którymi najszybciej zapada ciemność. Tam ni stąd, ni zowąd znów się przed nim zjawił jakiś podróżny. Miał zieloną kamizelkę, myśliwski kapelusz z kaczym piórkiem, świdrujące oczy i lekko utykał na lewą nogę. W pierwszej chwili Kubę obleciał strach, ale zaraz wziął na odwagę:
— Hej, panie myśliwy...
— Czego ode mnie chcesz, Kubo? — powiedział podróżny, jakby Kubę od dawna znał.
— Ojca chrzestnego szukam... właśnie urodziło mi się dwunaste dzieciątko!
— Chętnie z tobą pójdę, czemu nie? — rzekł myśliwy i tylko mu łysnęły białka.
Uszli parę kroków, ale Kubie nie dawała spokoju ciekawość i zatrzymał się:
— Wybaczcie, panie, żem taki ciekawy, ale skąd jesteście? Myśliwy zarechotał:
3 Bajki czeskie
33
— Czemu się pytasz, Kubo?
— Tylko tak, żebym mógł żonie powiedzieć, kogo prowadzę do domu...
— Kogo prowadzisz do domu? No to powiem ci, Kubo! Samego kusego prowadzisz, braciszku! Prosto z ognistego piekła przyleciałem! — i nieznajomy zaniósł się takim śmiechem, że aż mróz przeszedł Kubie po krzyżu.
— Skoroś ty sam czart rogaty, to wynoś się do diabła! Ciebie za chrzestnego nie chcę!
¦— A czemuż tor Kubo? Może się mnie boisz?
—¦ Boisz? Nie! Ale nie jesteś sprawiedliwy, biesie! Bobyś już dawno nadział tego Panderholę na najostrzejsze widły!
Czarny zachichotał i na rozstaju został po nim tylko smród i dym. Kuba splunął i ruszył przed siebie. Wkrótce doszedł do tej sadzawki, co jest pod samą Kocandą. Stróż nocny odtrąbił właśnie jedenastą i stał na skraju Kocandy śpiewając tubalnym, ochrypłym głosem:
Losie ty mój psi —
wciąż pilnować wsi,
toż pies lepiej ma ode mnie,
wlezie w słomę i się zdrzemnie,
a ja, gdyby zbój się wkradł,
sam tu muszę bronić chat...
Po niebie na pełnych żaglach płynął księżyc i Kuba miał wrażenie, że oprócz stróża nocnego nie ma dokoluśka żywej duszy. Nagle ujrzał na drodze cień jakiegoś człowieka, który wyraźnie się do niego zbliżał. Kuba znad sadzawki zadarł głowę, zapłonęła w nim ostatnia iskierka nadziei. Po chwili rozeznał, że zbliża się do niego jakiś nieznajomy kosiarz. Kosę niósł na ramieniu, a spod kapelusza wyzierały mu tak dziwne oczy, że Kuba nie mógł się w nich wyznać. Ale że był w sytuacji bez wyjścia, nie zastanawiając się dłużej, wstał i zwrócił się do nieznajomego:
34
— Dobry człowieku, nie przyszedłbyś mi z pomocą w moim strapieniu?
Kosiarz przystanął i wyszczerzył zęby w dziwnym uśmiechu:
— To nie problem, wielu ludziom już skróciłem strapienia, mów śmiało, w czym ci mógłbym się przydać!
— Muszę ochrzcić dwunaste dziecko, ale nie mam kogo zaprosić w kumy.
— No, cóż, Kubo, jeśli ci tak na mnie zależy, to chodźmy! Nieznajomy przerzucił kosę na drugie ramię uśmiechając się
przy tym wesoło, choć trochę tajemniczo. Na Kubę padł strach, że prowadzi do chałupy jakiegoś dziwnego ojca chrzestnego, przeto zanim próg przestąpili, nie omieszkał się jednak zapy-¦ tać:
—• Kumie, jestem może nazbyt wścibski, ale kto wyście zacz?
Kosiarz przewiesił kosę przez belkę pod okapem, po czym wiercąc Kubę oczyma powiada:
— Nie turbuj się, Kubo, byle kto nie jestem.
Nic więcej o sobie powiedzieć nie chciał, ale Kuba jął nalegać, bo bał się Małgośki. A tu ten dziwny żniwiarz powiada już na progu:
— No, skoro tak nastajesz, to ci powiem, Kubo. Tylko się przytrzymaj czego, żebyś nie zachwiał się ze strachu. Ja jestem sam Kościej!
Kubie wcale nie było do strachu, przeciwnie, kamień mu spadł z serca. Taka go ogarnęła radość, że zaczął do Kościeja mówić na ty:
— Ciee, jeśli ty jesteś naprawdę Kościejem, no to proszę, wchodź do środka! Jedynie ty jesteś na świecie sprawiedliwy. Czy biedak czy bogaty — wszystkich zabierasz!
Kiedy ochrzcili to dwunaste Darzbujaniątko, Kościej przy pożegnaniu powiedział:
— Słuchaj, Kubo, ja jestem biedny jak mysz kościelna. Oprócz tej kosy, co wisi pod okapemi nie mam zupełnie nic. Żadnego podarku nie mogą włożyć do kołyski swojemu chrześniakowi. Żebyś jednak miał coś po mnie, Kubo, na pamiątkę, proszę cię, weź się za medykowanie.
35
— Za doktorowanie? — uśmiechnął się cierpko Kuba — toż ja nawet pisać składnie nie umiem!
Ale Kościej jął go uspokajać:
— W tym doktorowaniur jakiego ja cię nauczę, nie będzie ci to potrzebne!
WÄ…tki
Powered by wordpress | Theme: simpletex | © Jak ciÄ™ zĹ‚apiÄ…, to znaczy, ĹĽe oszukiwaĹ‚eĹ›. Jak nie, to znaczy, ĹĽe posĹ‚uĹĽyĹ‚eĹ› siÄ™ odpowiedniÄ… taktykÄ….