Jeśli chodzi o broń, to specjalnością Kuby było nie tyle połykanie pocisków, co gubienie pistoletów...

Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.
Opowiadano w ,,Zośce”, że w czasie swej kariery w Grupach Szturmowych Kuba zdążył zgubić cztery pistolety. Liczba ta zresztą wymaga korekty, z kolei bowiem zdarzyło się Kubie również znaleźć pewnego dnia “czterdziestkę”. Krążyły wprawdzie pogłoski, że znaleziony pistolet ma numer jednego ze zgubionych przez Kubę, ale Kuba traktował te pogłoski jako rozsiewane przez wrogą agenturę.
A jego tubalny głos! Gdy kiedyś rozgadał się w nocy opowiadając Leszczycowi konspiracyjne anegdoty, zapukała do drzwi delegacja zaniepokojonych lokatorów: czy nie można by nieco ciszej mówić o tej konspiracji?
Śmiali się z tych przygód Kuby jego koledzy, śmiał się i sam Kuba. Ale te małe, wesołe przygody za każdym razem graniczyły z czymś, co łatwo mogło uśmiech dowcipu przekrzywić w grymas lęku i spazm bólu.
 
Uwaga! Dotknęliśmy oto jednego z najpoważniejszych niebezpieczeństw Grup Szturmowych, niebezpieczeństwa społeczno-moralnego. Był mianowicie w ich niepisanym kodeksie punkt, który przyjmowano ze szczególną łatwością i aprobatą: nawet w najcięższych okolicznościach trzeba umieć zagwizdać. Ten “fason” manifestacyjnego pokpiwania w sytuacjach poważnych i groźnych przeradzał się w atmosferę błyskotliwego humoru podczas codziennego życia ludzi Grup Szturmowych. Widzieli w tym swoistą formę protestu przeciwko wytwarzanej przez wroga atmosferze lęku, przygnębienia, beznadziei. A zresztą - byli tacy młodzi...
I oto akcja bojowa staje się w ich oczach grą. Niekiedy mówią: Wielka Gra. Określenie to zostanie ulubioną formułą Szarych Szeregów. Trzon formuły jest niewątpliwie zdrowy - promieniuje męską dzielnością. Ale na jego otoczce czyhają niebezpieczne potknięcia. Na przykład - jakże łatwo ześliznąć się na traktowanie samej wojny jako gry. Albo - jakże łatwo uważać, że tylko gracze się liczą, gdyż oni decydują o wynikach gry.
To drugie niebezpieczeństwo wypaczeń szczególnie blisko nawiedzało niektórych ludzi Grup Szturmowych i niektóre ich zespoły. Przejęci swą rolą często nie dostrzegali, nie odczuwali sytuacji swego otoczenia. Gotowi byli traktować sprawy swego otoczenia, jego troski i niebezpieczeństwa jako coś mniej ważnego od trosk i niebezpieczeństw własnych, ludzi prowadzących grę. Na przykład Piłowi ciągle ,,paliło” się mieszkanie, zgłaszał się do coraz innych przyjaciół, krewnych, znajomych po schronienie. Nie odmawiano, przyjmowano - ruchliwy, bojowy Fil “palił” po pewnym czasie dom, który go gościł. Czy losy gospodarzy “palonych” mieszkań zawsze kończyły się dobrze? Plutony potrzebowały dziesiątków lokali na kontakty, pocztę, magazyny - mieszkań tych dostarczali często “stuprocentowi cywile”, ludzie zapracowani zdobywaniem środków na utrzymanie rodzin - ich losów, gdy pośliznęła się noga któremuś z konspiratorów, nie utrwaliła legenda, choć imię ich Dziesiątki Tysięcy.
A matki, ojcowie, dziadowie prowadzących grę?
Któż, o Boże, spośród nas, pędzących czynne w czasie pięciolecia okupacyjnego życie, nie jest nawiedzany podczas bezsennych nocy przez twarz lub twarze “nieaktywnych”, których naraził na cierpienia? Były to często postacie o najwyższych cnotach narodowych. Na przykład pani Zofia Możdżeniowa. Wynajęła mieszkanie przygodnemu lokatorowi, lokator w czasie jednej z konspiracyjnych katastrof opuścił mieszkanie, a panią Zofię z szesnastoletnim synem wzięło gestapo i dręczyło pytaniami o lokatora. Znała adres jego najbliższej rodziny, jednak nie powiedziała. Zachowała lojalność narodową wobec obcego człowieka, który wyrządził jej mimo woli tak straszną krzywdę. Nie wyszła ona ani jej syn z rąk gestapowskich.
Wielu bojowców usiłowało nie zauważać, iż stają się mimowolną przyczyną dręczącego niepokoju swego otoczenia, że narażają je na najcięższe próby. Wojna! Ale nawet najwrażliwsi z nich, ci, którzy mocno cierpieli nad losem wiecznie zagrożonych i wiecznie niespokojnych rodzin, byli z konieczności - jak to ktoś scharakteryzował - “surowi, jeśli nie okrutni, w zewnętrznych formach swego stosunku do rodzin, nieustannie narzucając matkom godziny i dnie łamiącego serce niepokoju”.
Nawet Andrzej Morro. Kiedyś przyszedł do domu dziesięć minut po godzinie dziewiętnastej, to znaczy po godzinie policyjnej.
- Zmiłuj się, Andrzeju - powiedziała matka - czyż nie możesz przychodzić dziesięć minut przed godziną policyjną, zamiast dziesięć minut po?
- A cóż by się stało, gdybym zupełnie nie wrócił? Jeżeli zginę, przecie mama wie, za co - odpowiedział syn. Trzymał wprawdzie w swych dłoniach rękę matki, lecz patrzał twardo w jej oczy.
Ale widocznie we wzroku matki dostrzegł coś, co go zreflektowało. Gdy w kilka dni później wpadł do domu znów kilka minut po godzinie policyjnej, był zgrzany, spocony, serce waliło; najoczywiściej biegł.
- Przepraszam - powiedział do matki.
Niestety, owo “przepraszam” nie zakończyło konfliktu między postawą syna i postawą żołnierza konspiracji.
Tak było zresztą w setkach tysięcy polskich domów.
Jedna z matek opowiada:
Wątki
Powered by wordpress | Theme: simpletex | © Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.