Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.
A ty wszystko zniszczyłeś. Mogliśmy być milionerami, a jesteśmy pewnie dziadami, no nie?
- Zgadza się, synu - mówię. - Nie nazywaj mnie synem! - oburza się mały. - Nigdy mnie tak nie nazywaj! Nie jestem twoim synem! - Ale... - Nie jestem i już! To było takie proste, wystarczyło przekręcić wajchę. A ty... - Przykro mi, Forrest - mówię do dzieciaka - ale nic już na to nie poradzimy. Było, minęło, trzeba zapomnieć i zająć się czym innym. - Tak? A czym? - pyta mój syn. - Dlaczego jesteś w mundurze? Wstąpiłeś do wojska czy co? - No tak jakby. Zresztą kiedyś już byłem w woju - powiadam. - Podobno. - Muszę coś zrobić dla pułkownika Northa. Prosił mnie, a nie wypada odmawiać. - Pewnie - chłopiec na to. - Skoro wszystko inne spieprzyłeś... Kiedy się odwrócił, zobaczyłem że trze piąstką oko jakby wycierał łzę. Aż mnie coś zabolało w sercu. Dzieciak wstydził się że jest moim synem. Miał rację, no bo kurde flaki, jak można być takim fajtłapem! - A co z Wandą? - pyta się mnie po chwili. - Pewnie jest u rzeźnika, przerobiona na mięso? - Nieprawda - ja na to. - Mieszka w Waszyngtonie. W tamtejszym zoo. - I pewnie wszyscy wytykają ją palcami i się zaśmiewają, co? - Nie, wcale nie. Pułkownik obiecał że będzie miała luksusowe warunki. - Aha, już to widzę. I tak mniej więcej toczyła się ta nasza rozmowa. Mały Forrest wcale nie cieszył się z mojej wizyty, więc w sumie czułem się jak zbity psisko. Tylko jedna rzecz pod sam koniec wizyty dodała mi ciutkę otuchy. Byłem już w drzwiach kiedy dzieciak spytał: - Swoją drogą, musiał być niezły widok, kiedy to gówno wystrzeliło w powietrze! - Tak, było na co popatrzeć. - Nie wątpię - mały na to. Chyba w tym momencie nawet się uśmiechnął, ale nie byłem do końca pewny. No i polecieliśmy do Iranu. A dokładniej - do takiego dużego miasta, w którym większość domów miała na dachach coś jakby bulwy albo odwrócone do góry nogami rzepy, a mieszkańcy chodzili w długich czarnych szmatach i zawijasach na łbach i wyglądali potwornie groźnie. Najgroźniej ze wszystkich wyglądał ten ich ajatol. Jak nas świdrował gałami! A jaką srogą miał gębę! Nie chciałbym go spotkać w ciemnej uliczce. - Pamiętaj, Gump: takt i dyplomacja - szepcze do mnie pułkownik North. - Tylko to się liczy. Potem wyciąga grzecznie grabę żeby się przywitać z panem ajatolem, ale ten siedzi z pokrzyżowanymi na piersi rękami i bez słowa świdruje pułkownika. Pułkownik patrzy na mnie i mówi: - Chryste, ale dziwak z tego sukinsyna. Uścisk dłoni to przecież normalna forma powitania. Za ajatolem stoi dwóch facetów w takich ni to pieluchach ni to szarawarach, za paski mają wetknięte długie szable. Jeden z nich zerka na nas i powiada: - Nie radzę wam mówić o ajatollahu “sukinsyn”. Jeszcze się domyśli, co to znaczy, i każe odrąbać wam głowy. Myślę sobie: słusznie gada. Ale nic. Chcę przełamać piersze lody, więc pytam się pana ajatola czy zawsze się tak krzywi i zezuje na wszystkich wilkiem? A jeśli tak to dlaczego? - Dlatego - powiada ajatol - że od trzydziestu lat próbuję zostać przewodniczącym Światowej Rady Kościołów, a te pogańskie dupki nie chcą mnie nawet przyjąć na członka! Przecież nie ma bardziej religijnego człowieka ode mnie! - Co tak panu na tym zależy? - pytam go. A on na to: - A zależy! Mam swoją godność i nie dam sobą pomiatać! Zresztą kim oni są, te ścierwa zasrane, żeby odmawiać mi członkostwa w Światowej Radzie? Jestem ajatollahem! A ajatollah to gruba ryba! Rozumiesz, tępaku? - Ej, chwileczkę - wtrąca się pułkownik North. - Może mój asystent Forrest nie jest najbystrzejszym z ludzi, ale to jeszcze nie powód, żeby go obrażać. - Pocałuj mnie w dupę - powiada gniewnie ajatol. - Jestem ajatollahem i mogę mówić, co mi się podoba. - A ja jestem pułkownikiem amerykańskiej piechoty morskiej i nikogo nie całuję w dupę - mówi North. Na to ajatol wali się łapami po udach i głośno ryczy ze śmiechu. - Bardzo dobrze, pułkowniku, bardzo dobrze! Coś mi się zdaje, że ubijemy interes. Pułkownik North zaczął wyjaśniać swój plan. - A więc chodzi o to, że paru pańskich ludzi w Libanie porwało paru naszych i trzyma ich jako zakładników. Dla prezydenta Stanów Zjednoczonych jest to niezwykle żenująca sytuacja. - Tak? - powiada ajatol. - To dlaczego ich nie odbijecie? - To nie takie proste - mówi North. Ajatol w śmiech. - Naprawdę? Wiem co nieco na ten temat. O tak! Pamięta pan, co się stało, kiedy wasz poprzedni prezydent, ten to był dopiero pierdoła, próbował ukraść nam zakładników? Zaraz, zaraz, jak on się nazywał...? A North na to: - Nieważne. Już nie urzęduje w Białym Domu. - Tak. O tym też co nieco wiem - powiada ze śmiechem tamten i znów się trzepie po udach. - No może - mówi pułkownik. - Ale przejdźmy lepiej do interesów. W końcu czas to pieniądz. - Czym jest czas dla ajatollaha? - pyta ajatol i unosi łapska do góry.
|
Wątki
|