Człowiek utkwił w nim wielkie, jasne oczy, a potem wzdrygnął się...

Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.
Poszukał czegoś po omacku pod swym postrzępionym odzieniem, a następnie kulejąc podszedł do Dilvisha i wyciągnął do niego dłoń.
- Weź to - wymamrotał. - Powinieneś to mieć.
- Co to takiego? - zapytał Dilvish, pochylając się.
- Drobiazg - odparł. - Stary przedmiot, który mam od dawna, znak łaski i protekcji boga. Ten, kto pamięta Taksh'mael powinien posiadać to w tych stronach.
Dilvish obejrzał podarek dokładnie; kawałek szarego kamyka z różowymi prążkami, na którym wydrapano wizerunek barana. Był przekłuty z jednej strony, a przez szparkę przeciągnięto kawałek starej, wełnianej niteczki.
- Dziękuję ci - powiedział i sięgnął po torbę. - Chciałbym obdarować cię czymś w zamian.
- Nie - odparł staruszek odwracając się. - To bezinteresowny podarunek, a mnie niepotrzebne są miejskie błyskotki. To nic takiego. Jestem pewien, że nowi bogowie mogą pozwolić sobie na coś bardziej fantazyjnego.
- Cóż, może strzec twoich kroków?
- W moim wieku to już nie ma znaczenia. Życzę dobrej drogi.
Powędrował między skałami i wkrótce ślad po nim zaginął.
- Black, rozumiesz coś z tego? - zapytał Dilvish, pochylając się do przodu i machając amuletem przed rumakiem.
- Jest w nim jakaś moc - odpowiedział Black - ale z zepsutej magii. Nie jestem pewien, czy zaufałbym komuś, kto daje w podarunku coś takiego.
- Najpierw powiedział nam, byśmy zatrzymali się w zamku, potem starał się odwieść nas od tego. Której rady nie powinniśmy posłuchać?
- Pokaż mi to, Dilvishu - odezwała się Reena.
Wrzucił jej kamyk w dłonie, a ona przyglądała mu się przez kilka chwil.
- Black mówi prawdę... - zaczęła.
- Mam to zatrzymać, czy wyrzucić?
- Ależ zatrzymaj to - poradziła. - Magia jest niczym pieniądze. Kogo interesuje, skąd się biorą? Liczy się tylko to, na co je wydajesz.
- To prawda, ale tylko wtedy, gdy możesz kontrolować swe wydatki - stwierdził. - Czy chcesz zatrzymać się w zamku? A może pojedziemy dalej?
- Zwierzęta zaczynają być zmęczone.
- Racja.
- Moim zdaniem, on był trochę zbzikowany.
- Bardzo prawdopodobne.
- Miło byłoby znaleźć się w prawdziwym łożu.
- A zatem jedziemy do zamku.
Kiedy ruszali, Black nie odezwał się ani słowem.
Lampki oliwne, świece i ogromny kominek oświetlały tawernę, w której tańczyła Oele. Przy ciężkich drewnianych stołach jedli i palili żeglarze, kupcy, żołnierze, włóczędzy i mieszczanie. Tej nocy odziana była w niebieskozielony kostium, a jej żywym ruchom towarzyszyli swą muzyką dwaj grajkowie siedzący w tyle głównej izby. Od kiedy przybyła do miasta, a było to dwa tygodnie wcześniej, interesy zaczęły układać się coraz lepiej. Choć miała już trzy propozycje małżeństwa i wiele podobnych ofert, pozostała niezależna. Brak odważnego mężczyzny u jej boku również nie był powodem do zmartwień. Surowe spojrzenie i jeden władczy gest kładły kres niepożądanym zalotom ze strony natrętów i rzucały ich nieprzytomnych na ziemię. Stało się rzeczą oczywistą, że nie życzy sobie pijackich uścisków bywalców tego miejsca, chociaż każdego wieczoru jej oczy badały każde oblicze. Teraz pojawiły się nowe twarze. Tego popołudnia przybyła karawana z zachodu, a z południowych wód przypłynął żaglowiec. Tej nocy tłum zachowywał się o wiele głośniej niż zazwyczaj.
- Jeden z synów pustyni przyciągnął jej wzrok; poruszał się wolno, był wysoki, ciemny i o ruchach sokoła. Powiewne szaty nie przykrywały jego silnej, proporcjonalnej sylwetki. Siedział wygodnie przy drzwiach paląc i pijąc wino ze skomplikowanego urządzenia ustawionego na stole. Grupa podobnie odzianych mężczyzn siedziała przy tym samym stole, rozprawiając w jakimś syczącym języku. Oczy wysokiego młodzieńca spoczywały na niej cały czas. Poczuła, że może to być ten wybrany. W każdym jej najmniejszym ruchu dopatrzeć się można było ogromnej witalności.
Wieczorem przybyła tam grupa żeglarzy, ale nie zwróciła na nich uwagi. Tańczyła dla tego, który stał się jej wybrankiem. Blask jego oczu, uśmiech i słowa, które wypowiadał, gdy przechodziła obok, świadczyły, że wpadł w jej sidła. Byłby wspaniały. Jeszcze godzina i zabierze go stąd...
- Podejdź bliżej, pani. To mi się podoba.
Spojrzała w prawo, na mężczyznę, który ją przywołał i zobaczyła błękitne oczy pod strzechą rudych włosów, złoty kolczyk, lśniące białe zęby, czerwoną apaszkę - to jeden z żeglarzy, którzy właśnie przybyli. Stał pochylony, trudno zatem było ocenić jego wzrost.
Podeszła bliżej, rzucając mu badawcze spojrzenie. Interesująca blizna na policzku... Wielkie, głębokie dłonie ułożone na stole...
Uśmiechnęła się niewyraźnie. Był bardziej pobudzony niż poprzedni, pełen życia. Zastanowiła się...
Za sobą usłyszała jakiś hałas. Odwróciła się nie gubiąc kroku. Kupiec podniósł się z ławy i rzucił żeglarzowi wściekłe spojrzenie. Jego ludzie ruszyli się także. Uśmiechała się nadal. Nagle muzyka ucichła. Usłyszała przekleństwo przeszywające głuchą ciszę.
- Jesteś pełna życia - odezwał się żeglarz, schylając się ku ziemi. - Mam nadzieję, że jesteś tego warta.
W mgnieniu oka cała zawirowała, stoły i ławy wywrócono do góry nogami. Żeglarze i kupcy rzucili się na siebie; jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki w ich dłoniach zabłysły noże. Pozostali goście ukryli się w bezpiecznych miejscach lub w pośpiechu opuścili tawernę przez najbliższe wyjście. Nie okazując przestrachu Oele odsunęła się na kilka kroków, przygotowując miejsce do walki.
Żeglarz ze sztyletem w ręku posuwał się naprzód w niskim skłonie.
WÄ…tki
Powered by wordpress | Theme: simpletex | © Jak ciÄ™ zÅ‚apiÄ…, to znaczy, że oszukiwaÅ‚eÅ›. Jak nie, to znaczy, że posÅ‚użyÅ‚eÅ› siÄ™ odpowiedniÄ… taktykÄ….