Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.
- Belgarath wzruszył ramionami zsiadając z konia, po czym skierował się do budynku. Przeszedł ponad chrapiącym na werandzie Karandem i zajrzał do środka. -Rozejdźcie się - mruknął starzec. - Powłóczcie się trochę i rozmawiajcie z każdym, kogo napotkacie. - Spojrzał na Silka. - Nie jesteśmy tu po to, żeby rzucać się w oczy - ostrzegł.
- Zaufaj mi - powiedział Silk odchodząc. Garion stał tuż przy drzwiach mrużąc oczy, by przyzwyczaić je do panującej we wnętrzu ciemności. Nic nie wskazywało na to, by gospoda była kiedykolwiek sprzątana. Na podłodze walała się przesycona zapachem piwa słoma, a kawałki zgniłego jedzenia leżały podmiecione na kupki w rogach. W przeciwległym końcu pomieszczenia dymił prymitywny kominek dodając swe wyziewy do i tak już nieprzyjemnego odoru panującego w tym miejscu. Stoły sklecono z nie ociosanych pniaków, a ławy zrobiono z przepołowionych belek z wbitymi pod spód kołkami, na których opierały swój ciężar. Garion zobaczył, że Beldin rozmawia z kilkoma Karandami siedzącymi w kącie, i ruszył w ich kierunku. Kiedy mijał jeden ze stołów, nastąpił na coś miękkiego. Rozległ się kwik protestu i nagły odgłos racic drapiących o podłogę. - Nie nastąpuj moi śwyni - powiedział wojowniczo siedzący przy stole stary Karand. - Ja nie deptam twoi, nie? Garion miał trudności z rozróżnieniem tego dialektu. - Zważaj na stypy - dodał złowieszczo Karand. - Stypy? - Garion spiął się w sobie słysząc to słowo. - Stypy. Jej kły są przy twoich girach. - Och, stopach. - To żem właśnie godoł. Przy stypach. - Przepraszam - powiedział Garion. - Nie zrozumiałem od razu. - Taki to już kłopot z womi przyjezdnemi. Nawet nie potrafiła zrozumie, kiedy ona do was gada jasno jak w dziń. - Może wypijemy kufel piwa? - zaproponował Garion. - Przeproszę twoją świnię, jak tylko wróci. Karand łypnął na niego podejrzliwie. Brodaty, stary mężczyzna odziany był w kiepsko wygarbowane skóry. Na głowie miał czapę z całej skóry borsuka, z wiszącymi nóżkami i ogonem. Człowiek był bardzo brudny i Garion wyraźnie widział pchły panoszące się w jego brodzie. - Ja stawiam - zaoferował Garion siadając po przeciwległej stronie stołu. Twarz starego Karanda wyraźnie się rozjaśniła. Wypili wspólnie kilka kufli piwa. Garion zauważył, że miało ono surowy posmak zieleniny, jakby zostało wyjęte z beczki o jakiś tydzień za wcześnie. Karand mlaskał z przyjemnością i wywrócił oczy do góry - swoim zdaniem pił najlepsze piwo na świecie. Garion cofnął szybko rękę, gdy poczuł na niej coś zimnego i wilgotnego. Spojrzał w dół, prosto w parę poczciwych, błękitnych oczu zakrytych lekko białymi rzęsami. Świnia zdążyła już wytarzać się w błocie i przyniosła ze sobą niezwykle silny odór. Stary Karand zarechotał. - To właśnie moja śwynia - powiedział. - Wesoła jurna śwynia, co nie gniewa się na nikogo. - Odziany w futro mężczyzna zamrugał głupawo. - Wisz, to sirota. - Och? - Z jej matki był niezły bekon. - Starzec smarknął i wytarł nos brzegiem dłoni. - Czasami bardzo mi jej brak - przyznał, po czym spojrzał na Gariona. - No, no, a to masz wielgachny nóż. - W istocie - zgodził się Garion. Bezmyślnie drapał niewielkie uszy świniaka, aż zwierzę przymknęło z zadowolenia oczy, położyło łeb na jego kolanach i pochrząkiwało usatysfakcjonowane. - Zjeżdżaliśmy szlakiem z gór - mówił niewinnie Garion - i ujrzeliśmy na równinie dużo dymu. Czy coś się tam dzieje? - Najgorszy z możliwych kłopotów, przyjacielu - rzekł poważnie stary człowiek, po czym ponownie łypnął na Gariona. - Tyś nie jest jednym z Mall-or-eańczyków, co? - Nie - zapewnił go Garion. - Nie jestem Malloreaninem. Pochodzę z dalekiego zachodu. - Nie wiedziolech, że cosik leży na zachód od Mall-or-ei. W każdym rozie całe watachy na równinie prowadzą jakieś swary religijne. - Religijne?
|
Wątki
|