- Chcesz coś na to?- Nie, dziękuję...

Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.
- Nie potrafił oderwać wzroku od fotografii. Hołubił nadzieję, że Hinemoa mu przebaczy.
Zwolnili Marka ze szpitala w końcu sierpnia. Teren obozu już uporządkowano, dzielił z Tulliem i kilkoma podoficerami namiot ustawiony na skale z widokiem na przepiękną Zatokę Magicienne. Było cicho, sielsko, jakby nigdy nie stoczyli tu żadnej bitwy. Wiał słaby wietrzyk, więc tylko z rzadka dokuczały im moskity i muchy. Także wyżywienie poprawiło się znacznie. Otrzymywali teraz dania gorące, a co tydzień każdy żołnierz dostawał pajdę białego chleba. Nie było piwa ani widoków na piwo, ale to Markowi nie przeszkadzało. Piwo i papierosy traktował jako towar na wymianę.
Przeczesywanie terenu już prawie zakończono. W sąsiednim batalionie nadal gadali tylko o jakimś Japońcu, co wysiadywał na górze i obserwował mecze baseballa, rozgrywane między Marines i Seabees. Pewnego dnia tak się rozeźlił na niesłuszny, krzywdzący Seabees, werdykt sędziego, że zbiegł ze wzgórza, wrzeszcząc po japońsku: zabić kalosza! Jakiś morski piechur, tak brzmiała opowieść, wstał, ruszył na Japońca, z którym się nie zgadzał, i zastrzelił go.
Gdy Mark poczuł się dość silny, by popływać, Billy J. zabrał go do niewielkiej lagunki otoczonej rafą koralową u stóp skały. Mark spodziewał się, że woda będzie tam paskudnie ciepła, ale ku swojej radości stwierdził, że jest orzeźwiająco chłodna, jakby w niej biły źródła.
Opalali się na plaży, a Billy J. mówił o przezwiskach dawanych postaciom dowódców. - „Byk" Halsey, „Józio Ocet" Stillwell, „Wyjący Wariat" Smith. Nagle spytał: - Mark, czy chłopcy nie przezywają mnie czasem „Dzikim Billem"?
Mark zaśmiał się. - „Dziki Bill"! Dlaczego mieliby pana tak przezywać? Może pan być wszystkim, tylko nie „Dzikim Bil­lem".
Billy J. poczuł się urażony i okazał to.
- Czemu się panu nie podoba pańskie przezwisko?
- Jakie przezwisko?
- Nie wie pan, że wszyscy nazywają pana Billym J.?
Billy J. wyprostował się, był wstrząśnięty. - Billy J.? Żartujesz.
- Wszyscy tak pana nazywają, z wyjątkiem paru starszych artylerzystów.
- A oni, jak mnie nazywają?
- Junior.
Billy J. zaśmiał się. - Rzygam na to.
- Bestia nazywa pana „Chłopcem".
To także wzbudziło w Billym J. niesmak. - Ale Billy J. to brzmi jak tłuste, małe dziecko z Georgii.
- Myślę, że to dobry przydomek, pułkowniku. Niech to pan przemyśli.
- Billy J., Billy J., Billy J. - Sullivan kiwał głową. - Och, do diabła, mógłby być o wiele gorszy. Myślę, że się przyzwyczaję do Billy'ego J. Billy J. Mamie się to spodoba.
Popłynęli raz jeszcze, daleko, potem położyli na piasku, okrywa­jąc ręcznikami nagie ciała.
- Mówiłem w dywizyjnym G-2 o twoich wyczynach w piecza­rach, Mark. Powiadają, że trzeba im tłumaczy.
- Wolę zostać w Batalionie.
- Jesteś potrzebny Korpusowi i krajowi jako tłumacz. Będziemy was potrzebować w miarę zbliżania się do ich wysp macierzystych. Będziesz mógł uratować wiele istnień. Ale decyzja należy do ciebie. Możesz zostać ze mną do końca wojny.
Mark nie odpowiedział. Tej nocy nie mógł zasnąć, dręczyły go wspomnienia o przerażonych cywilach, których namawiał do wyjścia z pieczar. Myślał o smutnej śmierci Księżyca. Rano powiedział pułkownikowi.
- Przemyślałem to, co mi pan radził. Gdybym tylko mógł zostać w Szóstym Batalionie Marines, mogę zostać nawet tłumaczem.
- Niestety, to akurat jest na razie niemożliwe. Ale zrobię wszystko, co w mojej mocy, żeby cię odzyskać.
- Okay.
- Wobec tego, za twoją zgodą, rzucam piłkę do gry.
- Dobrze.
Po południu pojechali jeepem do Sztabu Dywizji. Sullivan przedstawił Marka pułkownikowi Jackowi Colleyowi, oficerowi wywiadu. Ten wysłuchał z zainteresowaniem opowieści Marka o jego latach nauki w Japonii i Nowej Anglii.
- Poczekaj kilka minut na zewnątrz, Mark - powiedział Billy J., a gdy ten wyszedł, powiedział: - Składam wniosek o Srebrną Gwiazdę dla niego. Ten sukinsyn ma nie tylko krzepę, ale i mózg. Będzie dobrym oficerem.
Colley był zachwycony.
- Przekonałeś mnie. Rano jadę do G-2 Korpusu i zobaczę, czy uda nam się nasmarować tę pochylnię i sprawę popchnąć. Będzie chyba musiał wrócić do Pearl, na krótkie przeszkolenie.
Tydzień później Colley powiadomił Billy'ego J.:
- Korpus porozumiał się z Pearl. Zatwierdzili wniosek. McGlynn może tam jechać zaraz po przejściu komisji lekarskiej i po zatwierdzeniu jego awansu. Wtedy wsadzę go do pierwszego samolotu. - Billy J. podziękował. - Wszyscy jesteśmy ci wdzięczni. Następny wielki show będzie na Iwo Jimie, bardzo potrzebują tłumaczy. Ten chłopak to cenne znalezisko.
Powered by wordpress | Theme: simpletex | © Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.