Neruda

Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.
Pamiętam nasze spotkania łącznie z ostatnim, na kongresie PEN-Clubu w Nowym Jorku w 1966, kiedy zapytałem, dlaczego pisał o mnie obrzydliwości („kupiony przez Amerykanów" itd.), a on odpowiedział: „Miłosz, myliłem się, przepraszam". Nie wiem, co sądzić o jego sławie i szansach na jej przetrwanie. To krasomówstwo, te potoki słów, prawie logorrhea...
23 IX 1987
Jesień na berkeleyską modłę. Mgły inne niż letnie. Rudawy kolor liści platanów, ale przecież one zaczynają rudzieć już w lipcu, po tutejszej pełni lata w maju-czerwcu. Słabość i antybiotyki, bo rzekomo jakiś wirus atakujący brzuch i płuca.
57
-1
jgjjMP^^gMMMW
Guillevic przysłał mi dwa nowe tomy swoich wierszy wydane przez Gallimarda. Stary satyr zmożony wiekiem pisze o żuczkach, kwiatkach, strumyczkach, czyli wychodzi na to, że zbliżając się do osiemdziesiątki jesteśmy skłonni modlić się do swojego bóstwa, jedni do Boga, drudzy, jak on, do przyrody. Niestety, przemawiał dziad do obrazu, a obraz do niego ani razu.
Sny lękowe. Ucieczki. Zmysłowe szczegóły pochodzą z Kalifornii (brzeg morza, duże sosny, pod nimi ścieżki z igliwiem, górskie stoki). Narracja z grozy lat wojennych, odczucia (bicie serca w biegu pod górę) z organizmu. Co poczyna co? I druga część snu, uzupełniająca tamtą: o żarłoczności. Okazałe sandwicze z mięsiwem, dużo ich, smak szynki, pastrami, kiełbasy. Jak na wieszcza, sny twoje całkiem zwyczajne, czyli jak na garbatego jesteś przystojny, jak mawiał
Zygmunt.
Prawie codziennie programy w Educational Television (telewizja oświatowa, wychowawcza?) głównie dla młodzieży, o przyrodzie. O pająkach, rybach, jaszczurkach, kojotach, zwierzętach pustyni, hali wysokogórskiej i tak dalej. Świetność techniczna tych fotografii nie powstrzymuje mnie od zaliczania tych programów do obscenów. Ponieważ to, co pokazują, obraża nasz, ludzki, zmysł moralny, nie tylko obraża, unicestwia, bo teza tych programów brzmi: oto widzicie, jak to się odbywa w Naturze, i dlatego jest to naturalne, a my też jesteśmy częścią Natury, należymy do łańcucha ewolucji i mamy przyjąć świat jaki jest. Jeżeli zamykam telewizor, przerażony, ze wstrętem do obrazów wzajemnego, obojętnego pożerania się, ale także do umysłu człowieka, który to filmuje - to czy dlatego, że umiem sobie wyobrazić, jak to wygląda przetłumaczone na życie ludzkiego społeczeństwa? A te dzieci, te miliony młodych umysłów, czy patrzą bezkarnie, bo nic im się z tępym okrucieństwem Natury nie kojarzy? Czy też, nie zdając sobie z tego sprawy, są zatruwane powoli, systematycznie, przez owych mistrzów fotografii, którzy też nie wiedzą, co czynią?
58
25 IX 1987
Sprawcy tych filmów mają światopogląd naukowy i pokazują prawdę, nic więcej niż prawdę, poza tym doceniają wspaniałą fotogeniczność przyrody. Trudno wysunąć przeciwko nim zarzuty. A przecież nie są samymi oczami, które patrzą, soczewki ich kamer filmowych są na usługach tego, co zamieszkuje ich głowy, czyli teorii. Opowieść przez nich w obrazach podawana jest ruchomymi ilustracjami do teorii ewolucji, doboru naturalnego, i tak dalej. Czy ta ich teoria jest naukowo prawomocna, czy nie, ona to dobiera i komponuje ich materiał.
Balzac żył w czasach, kiedy historia naturalna królowała, na to nie trzeba było czekać Darwina. W
Komedii ludzkiej chciał przedstawić gatunki wchodzące w skład ludzkiego społeczeństwa. I przedstawił. Czytaliśmy Balzaka namiętnie za niemieckiej okupacji, ponieważ otaczająca nas rzeczywistość, zbrutalizowana, wyszydzała utwory zbyt podniosłe, ale potwierdzała zbrutalizowana Francję pierwszej połowy dziewiętnastego wieku u Balzaka. Oczywiście, jego pisarstwo jest wzorem powieści realistycznej i tak dalej. Dzięki niemu możemy wiele zrozumieć z ówczesnych codziennych układów pomiędzy ludźmi. Ale tak naprawdę Komedia ludzka jest wielką fantazją,
niby Ameryka Teodora Dreisera. Prawdziwą? Fałszywą?
Czy wzajemne polowanie na siebie i pożeranie się jest samą esencją Natury? Jest - i to dlatego jej nie lubię. Staram się jednak zachować dystans do naszych, do moich, wyobrażeń. Znaku równania pomiędzy naszymi fantazjami (choćby naukowymi) i rzeczywistością wolałbym nie stawiać.
26 IX 1987
Powtarzający się sen-koszmar o spóźnianiu się na pociąg. Miasto - chyba Paryż. Bilety na godzinę dziewiątą rano. Na zegarku, kiedy jadę taksówką, za pięć dziewiąta.
59
Następny pociąg o jedenastej wieczór. Mnóstwo walizek, Janka, synowie, mobilizowanie całego tego towarzystwa na czas i - znów za późno.
Pamiętam sowieckie dyskusje, z epoki największych ideologicznych szałów, o darwinizmie, kiedy doborowi naturalnemu przez mutację genów przeciwstawiano dziedziczenie cech nabytych (Łysenko), a ślepej walce o byt współpracę między zwierzętami (powołując się aż na Kro-potkina).
Kto wie, czy główne cele tej dyskusji nie były pedagogiczne, żeby zapewnić nowym pokoleniom szczast-liwoje dietstwo dzięki indoktrynacji jak najbardziej pogodnej, jak najbardziej odległej od rzeczywistości. Darwinizm na to za ponury.
Obawiam się, że podzielam poglądy skrajnych beha-wiorystów. Wychowanie totalitarne w tym stuleciu okazało się nie tylko możliwe, ale skuteczne. Pionierzy, Komsomoł, Hitlerjugend, zdumiewająco podobne w ich mundurkach, krawafach i wpajaniu głębokiej wiary. Obiekcje: że nigdy się nie uda, bo przemówi człowiek wieczny, jego potrzeba prawdy itd., nie wydają się przekonywające. Dlatego, po prostu, że to wychowanie odpowiada rzeczywistym potrzebom młodego serca. Dzieci potrzebują świata uładzonego, a także malowanego w jasnych kolorach, kochają dyscyplinę i wyraźnie podane wytyczne postępowania.
Czytając krótką powieść litewskiego autora Bubnysa, Arberon, wydaną w polskim przekładzie w Warszawie, oglądałem moje Wilno, tym razem należące do dziewcząt i chłopców z klasy
Powered by wordpress | Theme: simpletex | © Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.