Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.
Okazał, jak mnie "szanuje". Jak zatem ja miałbym okazać mu szacunek? Nie, chcę jego śmierci! Wówczas mi przypadną jego ziemie, zamek wśród szczytów, dobytek i sługi. A jego śmierć stanie się przykładem dla innych, którzy myślą o odstępstwie.
- Nie chcesz więc jego kciuków, ale jego głowę? - Tibor zaśmiał się gardłowo, bez nuty wesołości. - Chcę jego głowę, serce i sztandar. I chcę, żeby te trzy rzeczy spłonęły na stosie tutaj, w Kijowie! - Jego sztandar? A więc ów Ferenczy posiada jakieś godło? Mogę zapytać, jaki jest jego znak? - Jak najbardziej - odpowiedział kniaź, w którego szarych oczach pojawiła się nagle nuta zadumy. Zniżył głos, rozglądając się przez chwilę, jakby chciał się dwakroć upewnić, że nikt ich nie podsłuchuje. - Ma w herbie rogaty łeb Diabła z rozdwojonym językiem, z którego ściekają krople krwi... Słońce dotknęło widnokręgu i płonęło tam czerwone jak... jak wielka kropla krwi. Ziemia zaraz ją połknie. Pradawny Stwór znów zadrżał. Skórzasta powłoka i kości rozstępowały się powoli, niczym wysychająca gąbka, pragnąc przyjąć daninę ziemi, krew, sączącą się przez gnijące igliwie, korzenie i czarną, odwieczną glebę, aż do płytkiego grobu, w którym spoczywał tysiącletni Stwór-Tibor. Podświadomość Tibora wyczuła sączącą się krew, ale podszepnęła mu, że to tylko marzenie, jedynie część snu. Inaczej bywało, gdy słońce naprawdę zachodziło i krople rzeczywiście go dotykały, zignorował więc to, powracając do owych dni z początku dziesiątego wieku, kiedy był jeszcze zwykłym człowiekiem i jechał w Karpaty, wysłany, żeby zabić... Podawali się za myśliwych - Tibor i jego siedmiu kompanów. Wędrowali wzdłuż podnóża Karpat, by przed nastaniem zimy zagłębić się w północne lasy. W rzeczywistości, przyjechali wprost z Kijowa, przez Kołomyję i kierowali się dalej ku górom. Zabrali ze sobą paści i wnyki, by uwiarygodnić swoją opowieść. Po trzech tygodniach nieustannej jazdy dotarli do pewnego miejsca wtulonego w góry - "wioski", którą stanowiło kilka kamiennych domów, sześć na pół solidnych chat i kilkadziesiąt cygańskich namiotów z wyschniętych skór, futrem zwróconych do wnętrza. Miejsca, które obecni jego mieszkańcy nazywali Mufo Aldo Ferenc Jaborow. Tę długą nazwę nieodmiennie skracali do słowa "Ferenc", co wymawiali jako "Ferengi". Tłumaczyli, że oznacza to "Dom Starego" lub "Dom Starego Ferengi". Cyganie wymawiali tę nazwę z ogromnym szacunkiem, zawsze zniżając głos. W wiosce żyło może ze stu mężczyzn, trzydzieści kobiet i tyle dzieci. Połowa mężów była wędrownymi myśliwcami albo osadnikami, wypieranymi przez najazdy Pieczyngów, zmierzającymi dalej na północ, by tam zamieszkać. Niektórzy przybyli tu wraz z rodzinami. Oprócz stałych mieszkańców Ferengi Jaborow, można tu było spotkać również Cyganów, którzy zjechali do wioski na zimę. Przyjeżdżali to od niepamiętnych czasów, najwidoczniej "Stary Diabeł", będący tu bojarem, traktował ich dobrze i nikogo stąd nie przepędzał. Mówiono nawet, że w trudnych czasach zaopatrywał zbłąkanych wędrowców w jadło z własnych spiżarni i wino ze swych piwnic. Kiedy Tibor zapytał we wsi o strawę i napitek dla siebie i swych towarzyszy, wskazano mu stojący pośród sosen dom z grubych belek. Znalazł tam coś w rodzaju oberży z maleńkimi izdebkami pośród krokwi, do których dostać się można było jedynie po sznurowych drabinkach, opuszczanych, jeśli gość zapragnął snu. Na dole znajdowały się drewniane stoły i stołki, a na krańcu obszernej izby - szynkwas, pełen baryłek śliwowicy i konwi słodkiego piwa. Pod jedną ze ścian, wzniesioną na poły z kamienia, u podstawy wielkiego komina, płonął ogień. Nad paleniskiem wisiał żelazny kociołek z gulaszem, roztaczającym wokoło silny zapach papryki. Z ćwieków wbitych w ścianę obok komina, zwisały pęki cebuli i wielkie kiełbasy o grubej skórce. Na stołach leżały pajdy czarnego chleba, rodem z kamiennego pieca. Oberżysta prowadził ów przybytek wraz ze swą żoną i parchatym synem. Tibor uznał ich za Cyganów, którzy wybrali osiadły żywot. "Mogli wybrać lepiej" - pomyślał, czując chłód i ciężar wszechobecnych skał, gór. Ich bliskość przytłaczała nawet tu, w oberży. Ponure było to miejsce, mroczne i złowróżbne. Wołoch zakazał swym ludziom jakichkolwiek rozmów, ale gdy już pozbyli się rynsztunku, pojedli i popili, wymieniając między sobą stłumione uwagi, sam podzielił się dzbanem śliwowicy z gospodarzem. - Ktoś ty? - zapytał sękaty staruch. - Pytasz, kim byłem i gdzie byłem? - odparł Tibor. - To łatwiejsze niż rzec, kim jestem. - No to powiedz, jeśli masz ochotę. Tibor uśmiechnął się i łyknął śliwowicy.
|
WÄ…tki
|