Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.
Stał na środku peronu rozglądając się bezradnie dookoła, niepewny co powinien teraz zrobić. Ponad jego głową zaskrzeczały głośniki: – Pociąg ze Stellenbosch i Cape Flats wjeżdża na peron czwarty. Oczywiście, to ten. Shasa odczuł wielką ulgę. Pociąg się spóźnił. Na pewno zamierzała nim przyjechać, dlatego wybrała ten czas i miejsce. Shasa niecierpliwie śledził wagony, kiedy wtaczały się powoli na peron. Wreszcie pociąg zatrzymał się z piskiem i sykiem hamulców. Drzwi się pootwierały i zaczęli wylewać się z nich pasażerowie kierując się zwartą kolumną w kierunku wyjścia z peronu. Shasa wskoczył na najbliższą ławkę, żeby lepiej widzieć i być widocznym. – Panie Courtney! Zobaczył ją wreszcie uwięzioną w tłumie, próbującą przepchać się w jego kierunku, machającą gwałtownie, żeby przyciągnąć jego uwagę. Rozpoznał ją natychmiast. Szok unieruchomił go na kilka sekund, kiedy się w nią wpatrywał. To była żona Standera, ta sama, którą kiedyś poznał przelotnie w letniskowym domku Manfreda, kiedy przyleciał, aby ubić z nim interes dotyczący fabryki konserw. Długie lata minęły od tamtego dnia, ale przypomniał sobie, że nazwała go wtedy dowódcą eskadry. Powinien był wcześniej na to wpaść. Jakże był głupi i niedomyślny. Wciąż stał na ławce, patrząc na nią, kiedy nagle coś innego przyciągnęło jego uwagę. Dwaj mężczyźni brutalnie torowali sobie drogę przez tłum pasażerów, dwaj wysocy mężczyźni w ciemnych, niedopasowanych garniturach i filcowych kapeluszach, tak charakterystycznych dla funkcjonariuszy służby bezpieczeństwa w cywilu. Było oczywiste, że są tu z powodu pani Stander. Dostrzegła detektywów w tej samej chwili co Shasa i jej twarz pobladła z przerażenia. – Panie Courtney! – krzyknęła. – Szybko, oni przyszli tu po mnie. – Wyrwała się z tłumu i zaczęła biec w kierunku Shasy. – Niech się pan pospieszy, proszę, niech się pan spieszy. Shasa zeskoczył z ławki i ruszył jej na spotkanie, ale stanęła mu na drodze starsza kobieta niosąca stertę pakunków. Niemal ją przewrócił. Podczas gdy usiłował wyplątać się z zamieszania, dwaj detektywi zrównali się z Sarą i chwycili ją z dwóch stron. – Proszę! – wydała rozpaczliwy krzyk. Z dziką, nieprawdopodobną siłą wyrwała się swoim prześladowcom i przebiegła kilka ostatnich kroków w kierunku Shasy. – Tutaj! – Wcisnęła mu do ręki kopertę. – Tutaj jest wszystko. Dwaj funkcjonariusze szybko doszli do siebie i podążyli za nią. Jeden z nich złapał ją od tyłu za obydwie ręce i odciągnął. Drugi podszedł do Shasy. – Jesteśmy z policji. Mamy nakaz aresztowania tej kobiety – sapał z wysiłku. – Ona coś panu przekazała. Widziałem. Musi pan to oddać. – Dobry człowieku! – Shasa wyprostował się i posłał detektywowi jedno ze swoich najbardziej wyniosłych spojrzeń. – Czy zdajesz sobie sprawę, z kim rozmawiasz? – Pan minister Courtney! – Mężczyzna rozpoznał go i jego zmieszanie było wręcz komiczne. – Przepraszam pana. Nie wiedziałem... – Pańskie nazwisko, stopień i numer służbowy? – warknął Shasa. – Porucznik Van Outshoorn, numer 138643. – Mężczyzna instynktownie stanął na baczność. – Może pan być pewien, że wrócimy jeszcze do tej sprawy, poruczniku – ostrzegł go lodowatym tonem Shasa. – A teraz proszę wracać do swoich obowiązków. – Shasa odwrócił się na pięcie i ruszył wzdłuż peronu chowając kopertę do wewnętrznej kieszeni i pozostawiając za sobą detektywa wpatrującego się w niego z konsternacją. Nie otworzył koperty, póki nie dotarł do biura. Tricia wciąż jeszcze na niego czekała, jak przystało na dobrą i lojalną sekretarkę. – Bardzo się zdenerwowałam, kiedy pan wybiegł tak nagle! – krzyknęła. – W porządku – zapewnił ją. – Wszystko się udało. Gdzie jest minister De La Rey? – Wyszedł zaraz po panu. Powiedział, że będzie w domu w Groote Schuur. Może go pan tam znaleźć w razie potrzeby. – Dziękuję ci, Tricia. Możesz już iść do domu. Shasa przeszedł do gabinetu i zamknął za sobą drzwi na klucz. Podszedł do biurka i usiadł w swoim skórzanym fotelu. Wyjął z kieszeni kopertę, położył ją przed sobą na blacie i przyjrzał się jej. Była z taniego, szorstkiego papieru, a jego nazwisko napisano okrągłym, dziewczęcym charakterem pisma. Atrament trochę się rozmazał. Meneer Courtney.
|
Wątki
|