Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.
Zauważyłam jednak świeże tornado piachu i gałązek, które przeszło przez
korony drzew, gdy śmigłowiec powoli je przeczesywał po raz szósty. Chyba mój mały wodospad kory i gałązek nie został zauważony w burzy leśnych odpadków. Ten helikopter, tak zdeterminowany, by znaleźć mnie i zabić, uratował mi życie. Gdy zdałam sobie sprawę, że nikt po mnie nie idzie, że nikt nie stoi pod drzewem i nie strzela między liście, przywarłam do gałęzi, o którą się opierałam, i odmówiłam całą najprawdziwszą modlitwę. Zastanawiałam się nawet, czy gdzieś w niebie nie czuwa nade mną Robyn. Wcale bym się nie zdziwiła. Nie wiem, czy każdy z nas rodzi się z własnym aniołem stróżem, ale doszłam do wniosku, że ja najprawdopodobniej go mam. Dopiero po jakimś czasie znowu zaczęłam śledzić sytuację na polanie. Przez jakieś pół godziny nic mnie ona nie obchodziła. Stopniowo docierało do mnie jednak, że nasze kłopoty wcale się nie skończyły. Nadal byliśmy w śmiertelnym niebezpieczeństwie. Nastało późne popołudnie, słońce świeciło przez liście ostatkiem sił i ciepła, szykując się do nocnego spoczynku. Nie widziałam żadnego poruszenia na polanie, ale oczywiście nie mogłam zawierzyć tej ciszy. Nogi zdrętwiały mi bardziej niż kiedykolwiek i strasznie chciało mi się sikać. Po tym, co stało się poprzednim razem, nie śmiałam jednak drgnąć. Znowu spojrzałam na sąsiednie drzewa, próbując zobaczyć Fi, Homera i Kevina, zastanawiając się, jak sobie radzą w swoich małych gniazdkach, czy boją się tak bardzo jak ja. Żałowałam, że nie weszłam na to samo drzewo co któreś z nich. Z lewej strony rozległ się gwizd: ostry, przenikliwy dźwięk wydany przez kogoś, kto wsunął dwa palce do ust. Zlustrowałam wzrokiem pobliski stok, ale nie widziałam, kto zagwizdał. Potem gwizd rozległ się z prawej strony i usłyszałam, jak odbija się echem na płaskowyżu. Najwidoczniej był to jakiś sygnał, na który szybko zareagowano, bo po chwili zobaczyłam ludzi powoli sunących ku miejscu obok polany. Chyba odbyli naradę, bo gdy lekki wietrzyk powiał w moją stronę, usłyszałam głosy. W pewnej chwili brzmiały tak, jakby ktoś się kłócił, potem czyjś głos najprawdopodobniej wydawał rozkazy. Nie wiedziałam, co się dzieje. Na szczęście w pobliżu nie było widać helikoptera. Minęły wieki, zanim w końcu zaszło słońce. To typowe dla tej pory roku. Cała ta sytuacja przypominała mi stary migający film złożony z przebłysków akcji poprzedzielanych długimi chwilami szarego szumu. Z tych małych fragmentów fabuły trzeba było wywnioskować, co się dzieje. Nie chodziło o zgadywanie - należało ruszyć głową, wykorzystać każdą odrobinę inteligencji - a wiedza to władza, więc im więcej miałeś wiedzy, tym większą dostawałeś władzę. Oczywiście tym razem nie chodziło o władzę. Chodziło o zdobycie prawa do przetrwania. Obserwowałam otoczenie przez następną godzinę, aż wszystko spowiła zbyt duża ciemność. Potem widziałam tylko jedną osobę. Była to kobieta, która powoli spacerowała, rozglądając się. Trzymała nowoczesny karabin gotowy do strzału. Już prawie pomyślałam, że jest sama, ale gdy zniknęła z mojego pola widzenia, coś do kogoś powiedziała... chyba. Byłam prawie pewna, że lekko się odwróciła i zaczęła mówić. W ciemności trudno było cokolwiek dostrzec. Może zwracała się do koni, które kilka minut później zjawiły się po raz drugi, prawdopodobnie przenosząc się ku lepszym kępom trawy, i co kilka minut przystawały, żeby ją poskubać. Poza tym znowu usłyszałam helikopter. Przez piętnaście minut latały nawet dwa. Oba były daleko, tylko jeden z nich zbliżył się na chwilę wystarczająco blisko, bym. ponownie
|
WÄ…tki
|