Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.
- Nie tylko nas gościsz, ale i gościsz zacnie.
- W tej gospodzie zawsze dobrze opiekowano się gośćmi - odrzekł skromnie karczmarz i wśród ukłonów wycofał się z pokoju. Drzwi, jak zauważył Jim, nie miały ani skobla, ani haczyka. Ale w końcu dość dużo nauczył się już o tym świecie i ludziach, by pojąć, że karczmarz zakładał, iż jeśli będą tu trzymać jakieś kosztowności, to zawsze ktoś przy nich będzie. - Zostań na razie tutaj - powiedział rycerz do Jima. - Wezmę giermka i odszukam przedstawicieli królewskich w tym mieście. Dowiem się czegoś co do naszych szans na szybkie wypłynięcie. Tymczasem, jeżeli sobie życzysz, łóżko jest całe twoje. Jim grzecznie podziękował za łóżko, mówiąc, iż z racji uczynionego ślubu, zanim nie zrobi czegoś dla uwolnienia księcia, będzie spał na ziemi. Prawdziwym powodem tej decyzji było to, że bez sprawdzania wiedział, iż łóżko roi się od wszy i pcheł. Sir Brian może mógłby w nim leżeć całą noc, a nawet spać mocno, ignorując ugryzienia i swędzenie. Jim jednak nigdy się tego nie nauczył i żywił nadzieję, że nigdy nie będzie musiał. Rycerz wyszedł, zabierając ze sobą giermka, Johna Chestera, by móc w razie czego przesłać Jimowi jakąś wiadomość przez tego młodego człowieka. Jim nawet lubił Johna Chestera. Nie był to prawdę mówiąc najbystrzejszy młodzieniec, i fakt ten dawał się łatwo poznać z jego szeroko otwartych, niewinnych szarych oczu, jasnoblond włosów i twarzy, która dobrze pasowałaby do kogoś o jakieś cztery lata młodszego niż ten szesnastolatek. Mimo wszystko był lojalny, drobiazgowo uczciwy i najwyraźniej uwielbiał Briana. Jim został sam z Theolufem, którego wyniósł do pozycji swojego giermka. Wojownik imieniem Yves Mortain zastąpił Theolufa jako wódz zbrojnych. - Theolufie - rozkazał Jim - idź do mojego jucznego konia. Jest już pewnie w stajni. Przynieś moje kosztowności i potrzebne rzeczy, a zwłaszcza ten siennik wypchany miękkim materiałem, który zrobiła dla mnie pani Angela. Przynieś to tutaj. - Tak, panie - powiedział giermek i pobiegł. Zostawszy sam, Jim rozejrzał się po pokoju i pogratulował sobie, że nie próbował dzielić łóżka z Brianem. Nie mówiąc o pchłach, wszach i wszystkim innym, co mogło gnieździć się w posłaniu, sprzęt ten wielkością ledwie wystarczał na jedną osobę, a cóż dopiero na dwie. Myśl, że miałby spać tak przytulony do rycerza jak do Angie, była raczej mało kuszącą perspektywą. Właśnie skończył oglądać łóżko, kiedy na dole wybuchła kłótnia, której odgłosy przedostały się do pokoju przez cienką podłogę. Słyszał głos karczmarza i kogoś jeszcze dość wyraźnie, by pojąć sens sprzeczki, choć nie mógł zrozumieć wszystkiego, co było mówione. Do kogo by ten głos nie należał, żądał on, by karczmarz oddał mu ten właśnie pokój, który przydzielono Jimowi i Brianowi. Pomimo nabytej w przeciągu zeszłego roku mądrości, która nauczyła go trzymać się roztropnie z dala od wszelkich nieporozumień, w tym przypadku poczuł się jednak do pewnej odpowiedzialności. Sięgnął po swój pas z mieczem, który zdjął przed chwilą, i zapiął go z powrotem wokół bioder, tak że znów był uzbrojony. Nie dlatego, żeby miał najmniejszy zamiar używać miecza - prawdę mówiąc miał gorącą nadzieję, że nie dojdzie do takiej okazji - ale dlatego, że szlachcic po prostu nie pojawiał się publicznie bez miecza. Zszedł na dół.
|
WÄ…tki
|