Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.
Wróciłem do miejsca, gdzie stała. Przedmiot był zniszczony i przez to omal nierozpoznawalny. – Kusza. – Na wiele mu się nie przydała – skwitowała Denna. – Pytanie jednak brzmi, po co mu w ogóle była. – Przyjrzałem się grubej żelaznej sztabie, z której wykonane było łuczysko. – To nie jest broń myśliwska. Z takiej kuszy strzela się na polu bitwy do rycerzy w zbrojach. Jest zakazana. Denna parsknęła. – Takie prawa nie mają tu zastosowania. Sam wiesz. Wzruszyłem ramionami. – Ale to droga zabawka. Dlaczego ktoś, kto mieszka w maleńkiej chatce z klepiskiem, miałby mieć kuszę za dziesięć talentów? – Może wiedział o draccusach – podsunęła Denna, rozglądając się z niepokojem dookoła. – Osobiście nie miałabym nic przeciwko kuszy w ręku. Pokręciłem głową. – Draccusy są płochliwe. Trzymają się z dala od ludzi. Denna spojrzała na mnie z niedowierzaniem i wskazała ruinę chaty. – Pomyśl o dzikich zwierzętach w lesie – tłumaczyłem. – Dzikie stworzenia unikają kontaktu z człowiekiem. Sama powiedziałaś, że nigdy nie słyszałaś o draccusie. Są po temu określone powody. – Może jest wściekły? To mnie otrzeźwiło. – Niesamowity pomysł. – Rozejrzałem się dookoła po zwalisku. – Bo inaczej w jaki sposób mogłoby do tego dojść? Ale czy jaszczur może w ogóle złapać wściekliznę? Denna przestąpiła niepewnie z nogi na nogę, nerwowo rozglądając się wokół. – Jest jeszcze coś, co chciałbyś tu sprawdzić? Bo jak nie, to się wynośmy. Nie chcę tu być, kiedy potwór powróci. – Myślę, że ktoś powinien go pogrzebać... Denna pokręciła głową. – Ja tu dłużej nie zostanę. Powiemy ludziom w mieście, żeby się tym zajęli. W każdej chwili draccus może wrócić. – Ale po co? – zapytałem. – Po co miałby tu wracać? – Wskazałem ręką. – To drzewo zostało wyrwane z korzeniami cały cykl temu, a to na przykład ledwie kilka dni... – Co cię to obchodzi? – zapytała Denna. – Chandrianie – oznajmiłem zdecydowanie. – Chcę wiedzieć, po co tu przybyli. Może panują nad draccusem? – Nie sądzę, żeby tu byli – zaoponowała Denna. – Na farmie Mauthena może tak. Ale to tutaj to po prostu dzieło wściekłej jaszczurzycy. – Spojrzała na mnie przeciągle, wpatrując się z napięciem prosto w oczy. – Nie mam pojęcia, po co tu przyszedłeś ani czego szukasz. Ale sądzę, że nie znajdziesz. Pokręciłem głową, rozglądając się. – Wydaje mi się, że musi istnieć jakiś związek między tym miejscem a farmą. – Chciałbyś, żeby istniał taki związek – oznajmiła łagodnie. – Ale ten człowiek nie żyje już od dawna. Sam powiedziałeś. Poza tym przypomnij sobie drzwi i poidło na farmie. – Pochyliła się i postukała kłykciami w jeden z bali zawalonej chaty. Drewno odpowiedziało głębokim, solidnym odgłosem. – Przyjrzyj się łuczysku kuszy... metal nie zardzewiał. Ich tu nie było. Opadły mnie czarne myśli. Wiedziałem, że ma rację. W głębi duszy wiedziałem, że na siłę czepiam się urojeń. Mimo to wydawało mi się, że nie powinienem rezygnować, nie spróbowawszy wszystkiego. Denna ujęła mnie za rękę. – Daj spokój. Chodźmy. – Uśmiechnęła się i pociągnęła mnie za sobą. Jej dłoń była chłodna i delikatna. – Jest wiele znacznie bardziej interesujących rzeczy, niż uganiać się... Spomiędzy drzew doleciał nas głośny odgłos łamanej gałęzi: ttttrach, trach, trrrach. Denna puściła moją rękę i odwróciła się w stronę, z której przyszliśmy. – Nie... – powiedziała. – Nie, nie, nie... Wystarczyło sobie wyobrazić nadciągającego draccusa, żebym otrząsnął się z próżnych spekulacji. – Nic nam nie grozi – zapewniłem ją, tocząc wzrokiem dookoła. – Nie potrafi się wspinać. Jest zbyt ciężki. – Na co wspinać? Na drzewo? Drzewa to on przewraca dla zabawy! – Na zbocze. – Wskazałem na stromy stok wznoszący się nad niewielkim laskiem. – Chodź... Z trudem przedzieraliśmy się przez wykroty i zwalone pnie w kierunku zbocza. Za plecami słyszeliśmy huczące, gromom podobne pochrząkiwanie. Odważyłem się spojrzeć przez ramię, ale draccusa wciąż przesłaniały drzewa. Dotarliśmy wreszcie do podstawy zbocza i zaczęliśmy się rozglądać za wygodnym miejscem do wspinaczki. Po dłużącej się minucie szaleńczych poszukiwań wyszliśmy z gęstego zagajnika sumaków i odnaleźliśmy połać rozoranej ziemi. Draccus tu kopał. – Patrz! – Denna wskazała na rozpadlinę w licu zbocza, głęboką szczelinę szerokości gdzieś dwóch stóp. Dostatecznie dużą, aby człowiek mógł się przecisnąć, ale zbyt wąską dla jaszczura. Na skałach wokół niej widać było ślady pazurów, wszędzie walały się kawałki głazów. Denna wcisnęła się do wąskiej szczeliny, ja poszedłem za nią. W środku było ciemno, jedyne światło dawała wstążka niebieskiego nieba wysoko nad głowami. Miejscami ledwo się przeciskałem. Kiedy po dotknięciu ścian rozpadliny zbliżyłem do oczu ręce, przekonałem się, że są czarne od sadzy. Draccus zapewne pluł ogniem w przejście, niezdolny utorować sobie drogę do wnętrza. Po kilkunastu stopach szczelina rozszerzyła się nieco.
|
WÄ…tki
|