Świetnie sobie potrafił wyobrazić Siwego wychodzącego nocą do łazienki i spostrzegającego megaserce...

Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.
Siwy cofa się w otwartych drzwiach, wyjmuje z walizki pistolet, uspokaja oddech i wygląda ponownie. Megaserce nie zni­ka. Co wtedy robi Siwy? Podnosi spluwę i zaczyna strze­lać? Nie, on by tego nie zrobił bez przyczyny, tam musiało się stać coś jeszcze. Co? Czy to serce... rzuciło się na niego?
Myśli Trudnego przeskoczyły na inny tor, aczkolwiek zbieżny z poprzednim. Teraz, post factum, potrafił odna­leźć we wspomnieniach ostatnich dni wiele zdarzeń, które w swoim czasie umykały mu jako całkowicie nieważne; zapewne jeszcze więcej ich zapomniał lub po prostu nie zapamiętał. Na przykład matka, Anastazja Trudny de do-mo Koniecpolska primo voto Starowieyska, z natury i wy­chowania dama, z przeznaczenia gospodyni domowa, kobieta o wrodzonych, co prawda, skłonnościach do konfa­bulacji, jednak bez wątpienia obdarzona silnymi nerwa­mi, nie raz i nie dwa, wyraźnie zdenerwowana, wygłasza­ła uwagi typu: „Mówię wam, w tym domu straszy", „Ja­kaś niewidzialna ręka przesuwa moje rzeczy, gdy nie pa­trzę", „Ja po prostu czuję ich obecność" oraz „Ten dom żyje; żyje, oddycha, myśli". Albo te niewytłumaczalne nie­zgodności w pomiarach. Albo niezrozumiały brak odwod­nienia trupa dziewczynki ze strychu; nie wspominał o tym Violetcie, bo i po co, lecz lekarz był mocno zdziwiony tru­pim aromatem roztaczanym przez zwłoki. „One powinny być suche jak pieprz i w ogóle nie... pachnieć", oświad­czył. Chodziło o czas, przez jaki ciało pozostawało po śmierci w pomieszczeniu o określonej wilgotności i tempe­raturze. Zapach datował zgon najwyżej na kilka tygodni wstecz, podczas gdy sam ich stan sugerował pięciokroć dłuższy okres rozkładu. Trudny spytał, jak to możliwe. Lekarz wzruszył ramionami. „Wszystko jest możliwe -odparł - to jedynie kwestia nieprawdopodobieństwa. Gdy­by ktoś je trzymał w lodówce... albo gdyby na tym stry­chu zawsze panowała zima... albo gdyby ich czas biegł wolniej..."Okazało się, że lekarz czytywał przed wojną te same gazety, co Trudny.
Po kolacji Jan Herman złapał Konrada i wymógł na nim odłożenie prac eksploracyjnych na strychu na po świętach.
- Nie chciałbyś chyba obdarować nas w Boże Narodze­nie kolejnym trupem. Matka by mnie oskalpowała.
- To co, wolisz, żeby tam sobie leżał? - Tak - odparł Trudny. - Zdecydowanie wolę.
Konrad wzruszył ramionami i wrócił do roboty przy wę­glu. Razem z przysłanymi z firmy Tadkiem Kościuchą i Francuzem poradzili sobie z resztą czarnego zwału w pół godziny. Trudny chciał swych pracowników zaprosić na kieliszek czegoś rozgrzewającego, ale musieli już jechać, godzina policyjna była tuż-tuż, nie zdążyliby, gdyby nie ciężarówka Trudnego.
Teraz Jan Herman patrzył przez okno jasno oświetlonego gabinetu na niemal jednolitą ciemność zimowej no­cy. Śnieg przestał padać i bezludna ulica srebrzyła się blado w blasku dopełniającego się księżyca. Zaiste, trupi krajobraz. Cisza śmiertelna. Nie mógł zasnąć, nie chciało mu się spać, w ogóle nie wszedł na piętro, Violetcie po­wiedział, że musi jeszcze popracować. To prawda, ale on nie pracował. Potem, w retrospekcji, był niemal pewien, iż w jakiś sposób podświadomie przeczuwał strukturę przyszłych zdarzeń. Że tej nocy po prostu czekał. Czekał na potwierdzenie.
Wielokrotnie wychodził do ciemnego holu i wypatrywał megaserca, lecz ono nie pojawiało się. Usiadł przy biurku, napisał na czystej kartce: „Duchów nie ma", po czym za­śmiał się, zmiął papier i cisnął do kosza. Dobrze wiedział, co przed chwilą uczynił: próbował rzucić zaklęcie. To przez noc. Nocą magia zyskuje na sile, czary samoistnie się uprawdopodobniają. Noc. Nocą wszyscy dziecinnieje­my, to czas uproszczeń, myśli wówczas odmawiają podążania krętymi ścieżkami logiki dorosłych, wolą linie pro­ste, drogę na skróty, która częstokroć wymaga wyburze­nia fundamentów tejże logiki, jeśli zawadzają. Co z tego, że duchów nie ma, skoro są. Zaśmiał się ponownie. Wciąż jeszcze nie był do końca pewien, w co wierzyć, a z czego się śmiać. Rozmowa z Janosem nieco go ocuciła, ale teraz, w świętej ciszy i ciemności samotnej nocy, Janosowe anegdoty traciły na śmieszności. Megaserce było bardziej rzeczywiste od kuli w potylicę chłodnym świtem na pod­leśnej równinie, bardziej prawdziwe od Hakenkreuzów na sztandarach, mundurach, pieczątkach i trumnach. Nalał do szklaneczki resztkę ciemnego rumu. Powąchał trunek, Pogrążony w miękkim zamyśleniu.
Wątki
Powered by wordpress | Theme: simpletex | © Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.