Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.
- Sprowadzimy wiele nowych, silnych istot. Skierują wody rzeki do opróżnionego jeziora, będą uprawiać ziemię i zbierać plony. - Nie wiem, czy zdążę zapobiec otwarciu śluz - usłyszeli głos Tytusa. - Opuściłem uszkodzony pojazd, zapominając o tornistrze. Kapłani nie zważają na moje wołanie. Dzieli nas odległość trzystu metrów. Biegnę... skafander krępuje ruchy...
Czas przyspieszył swoje przemijanie. Tytus oddychał z trudem. “Trening wysokogórski nie na wiele się przydał - myślał. - Kapłani nie słyszą moich krzyków. Ogłuchli na wołanie »wysłańca niebios«. Jak powinien się zachować Główny Bohater w takiej sytuacji? Mam ochotę wybuchnąć śmiechem. Tracę kontrolę nad sobą. Jak to jest z tą teorią świadomego odczuwania rzeczywistości, z zachowaniem dystansu do własnych poczynań? Pod nogami widzę kamienie, płaskie, różowe i brunatne, z prawej strony prawie białe skały. Zrzuciłem hełm, tracąc kontakt z Dowódcą. Sztuczne słońce przysłoniło obłoki i zerwał się orzeźwiający wiatr... Orzeźwiający, czy odurzający. Niesie słodkawą woń gnijących kwiatów. Przede mną kapłani... Twarze pobladłe od wysiłku, w oczach przerażenie. Usłyszeli mój śmiech i zatrzymali się, dokąd biegli? Zamierzali otworzyć śluzy. Wyciągam do nich ręce, niech dobrze przyjrzą się moim palcom. Krwawią, pokaleczone cierniami krzewów, przez które przedzierałem się po przymusowym lądowaniu pojazdu Stratega. Dziesięć Błogosławionych Palców. Oni chyba po raz pierwszy w życiu widzą krew. Nie wiem, co ich bardziej przeraziło, mój śmiech czy kilka kropli krwi. Dygocą niczym ludzie chorzy na febrę, a może to paroksyzm podobnej choroby. No, dobrze, już dobrze, uspokójcie się. Czyżby poczucie winy wyzwoliło ten nieludzki strach, obawiają się kary? Powiedziałem: uspokójcie się, nikt nikogo nie będzie karał... Prawda, maszyna nie tłumaczyła moich słów. Słyszę szum nad głową. Pojazdy Egina lądują w pobliżu tamy. Otaczają mnie ludzie." - Człowieku, co ty wyprawiasz? - słyszę głos Egina, nie czekając na moją odpowiedź, pomaga wejść do pojazdu. Szybujemy nad opustoszałą równiną. - Biedne stworzenia skryły się na barkach - opowiadał Egin. - Strateg przeszedł samego siebie. Stu kosmonautów rozpętało nad równiną prawdziwą burzę. Ciskali piorunami niczym gromowładni bogowie, piękne widowisko, wystrzelono sporo rakiet sygnalizacyjnych, olśniliśmy uciekającą armię kilkoma błyskawicami, elektryczność to znakomity wynalazek, a nade wszystko efektowny. Jak się czujesz? Nie odpowiadaj, odpocznij, zaraz opatrzymy twoje dłonie. Kronikarz Narbukil rozerwał skafander przez te przeklęte ciernie, poranił kolano i począł recytować balladę. Nic groźnego, lekkie rozkojarzenie i skłonność do śmiechu. Prawdopodobnie strojni oficerowie narkotyzują tym swoich wojaków. Co mówisz? - Odpłyną i więcej nie wrócą. - Odpłyną, ale zapewne 'kiedyś wrócą. - Nikt nie zginął? - Nie, stoczyliśmy bitwę bez ofiar. - Potop odwołano? - Tak - odparł Egin i nieoczekiwanie posmutniał. - Odnieśliśmy wielki sukces - powiedział Tytus. - Tak, tak, oczywiście. - Mówisz to bez przekonania. - Gdy wędrowałeś po zboczu góry, by nie dopuścić do otwarcia śluz, Dowódca rozmawiał z kierownikami zespołów. Zastanawiano się, czy wolno nam ingerować w ściśle wewnętrzne konflikty tej planety. - Czy wolno? - zawołał Tytus. - Ocaliliśmy życie kilkudziesięciu tysięcy istot. - Zdaniem ekspertów przedłużyliśmy prymitywną, prawie bezmyślną egzystencję stworzeń, bezlitośnie wykorzystywanych przez Białobrodych. Zwierzęta na Ziemi żyją w daleko lepszych warunkach. - Czy mógłbyś spokojnie i bezczynnie patrzeć na zagładę miasta?
|
WÄ…tki
|