Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.
Było dla mnie jasne, że uważali Guillaume'a de Matarese'a niemal za świętego.
Wszyscy poparli gospodarza z wyjątkiem jednego człowieka, głęboko religijnego Hiszpana, który zaczął mówić o słowie bożym i boskich przykazaniach. Zarzucił padrone szaleństwo, twierdząc, że napawa go wstrętem. - Napawam cię wstrętem, panie? - spytał padrone. - Tak jest, panie - odparł Hiszpan. Wówczas wydarzyła się pierwsza tragedia. Padrone wydobył zza pasa pistolet, wycelował w Hiszpana i strzelił. Reszta gości zerwała się z krzeseł, spoglądając w milczeniu na ciało. - Nie można było pozwolić, aby żyw opuścił tę salę - oznajmił padrone. Goście z powrotem zajęli miejsca, zupełnie jakby nic się nie stało i utkwili oczy w potężnym panu, który przed chwilą z zimną krwią zastrzelił jednego z nich; może obawiali się o własne życie, nie wiem, ale tego nie mogłam wyczytać z ich twarzy. Padrone mówił dalej. - Wszyscy obecni na tej sali są moimi spadkobiercami. Stanowicie Radę Matarese'a; wy i wasi następcy będziecie czynić to, do czego ja już nie jestem zdolny. Jestem stary i niedługo umrę - szybciej, niż się spodziewacie. Jeśli zrobicie jak mówię, poróżnicie korumpujących i skorumpowanych i wywołacie chaos, wasze dziedzictwo wkrótce będzie znacznie większe niż to, co wam zostawię w spadku. Odziedziczycie ziemię. Znów będziecie potężni - Panie, a co... co ty nam możesz pozostawić? - spytał jeden z gości. - Fortunę w Genui i fortunę w Rzymie. W dokumencie, którego kopię każdy z was znajdzie w swoim pokoju, opisałem, w jaki sposób możecie korzystać z tych kont. W tym samym dokumencie podane są warunki, które musicie spełnić, żeby podjąć pieniądze. O istnieniu tych kont nikt nie wie; będziecie mieli miliony na rozpoczęcie waszej działalności. Goście byli oszołomieni. Tylko jeden miał pytanie. - Dlaczego powiedziałeś “waszej działalności”, panie? Czyż nasza działalność nie będzie także twoją? - Zawsze będzie naszą wspólną, lecz mnie nie będzie pośród was. Dam wam bowiem coś bardziej cennego niż złoto Transwalu. Pełną gwarancję, że wasza tożsamość na zawsze pozostanie tajemnicą. Nikt na świecie nigdy się nie dowie, że stawiliście się dzisiaj w Villa Matarese. Nikt nie przekaże dalej waszych nazwisk, nie opisze waszych twarzy, waszego wyglądu, waszej mowy. Nikt też nigdy nie usłyszy tych informacji z ust zgrzybiałego, plotącego trzy po trzy starca. Kilku gości zaprotestowało łagodnie, że to jednak nierealne. Tego dnia w Villa Matarese było wiele służby, do tego jeszcze muzycy, dziewczęta... Padrone podniósł dłoń. Nie drżała, a w jego oczach płonął dziwny ogień. - Wskażę wam drogę - rzekł. - Nigdy nie wolno wam cofać się przed przemocą i gwałtem. Musicie uwierzyć, że są wam tak konieczne do życia jak powietrze, którym oddychacie. Konieczne do życia, konieczne do prowadzenia waszego dzieła. Opuścił dłoń, a wtedy spokój i przepych Villa Matarese zakłóciły strzały i krzyki ginących. Zaczęło się od kuchni. Doleciał stamtąd huk wystrzałów, brzęk tłuczonego szkła, stukot przewracanych sprzętów. Po chwili w drzwiach wielkiej sali ukazało się kilku ociekających krwią służących, padli jednak od kul, nim dobiegli do stołu. Kolejne strzały doszły z ogrodu. Najpierw muzyka ucichła i zastąpiły ją glosy błagające o litość; odpowiedziała im palba. Następne, najbardziej przejmujące odgłosy rozległy się na piętrze; piski przerażenia, mordowanych wieśniaczek z okolicznych wzgórz. Młode dziewczęta, prawie jeszcze dzieci, które zaledwie przed kilkoma godzinami na rozkaz Guillaume'a de Matarese'a dały się pozbawić dziewictwa obcym mężczyznom, teraz - również na rozkaz padrone - ginęły od kul. Przylgnęłam do ściany, ukryta na balkonie, nie wiedząc, co robić; dygotałam z przerażenia na całym ciele - wcześniej nawet nie wyobrażałam sobie, że można się tak potwornie bać. Strzały umilkły i nastała cisza, jeszcze straszliwsza od poprzedzających ją wrzasków, gdyż oznaczała, że wszyscy ponieśli śmierć.
|
Wątki
|