Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.
Dobrze będzie, jeśli zamkniesz oczy.
Henry zawahał się, lecz ostatecznie zamknął oczy. Niech tam, pomyślał, mogę ostatecznie przejść przez to i mieć już spokój. Gdy otworzę oczy, cała moja grupa studentów będzie już stała wkoło, pękając ze śmiechu. Mam jednak wrażenie, że nadal jestem dość pijany, by się tym nie przejmować. Strażnik Mocy przypomniał sobie z narastającym sceptycyzmem, że jedyne rzeczy, w których zawarta była jakaś moc, to wódka, piękne kobiety i Beethoven, no, może nie zawsze w tej kolejności. Niemniej, przyszedł tutaj i wysłuchał, co Springer miała mu do powiedzenia, więc musiała być jeszcze w jego umyśle jakaś komórka nadal otwarta na nowe argumenty i to niezależnie od tego, jak byłyby one nieprawdopodobne. Przytknięte do czoła Henry'ego palce Springer zaczęły wibrować, co było już irytujące. Wyobrażał sobie prąd elektryczny o wysokim napięciu, przepływający przez palce wprost do jego mózgu. Musiał przyznać, że Springer była geniuszem iluzji i autosugestii. Bliski był uwierzenia, że naprawdę rośnie, nabiera siły, że ciało jego lśni od tysięcy woltów zmagazynowanej energii. Powoli otworzył oczy. Springer zabrała dłoń. W powietrzu unosił się metaliczny zapach spalenizny, wyładowania elektrycznego, prochu i rozgrzanej miedzi. Gil i Susan wpatrywali się w niego ze zdziwieniem, jakiego nigdy dotąd nie było mu dane oglądać. Każde z nich można by teraz walić deską po głowie i nie zwróciliby na to uwagi. - Chodź - powiedziała Springer i przywołała go gestem ku ścianie pokoju. Otworzyła białą, wpuszczoną w ścianę szafę, w której nie było ubrań, ukazując duże lustro przymocowane na wewnętrznej stronie drzwi. - To jesteś ty: Kasyx, największy z Wojowników Nocy. Henry spojrzał na siebie. Bardzo powoli uniósł rękę do głowy i postać w lustrze powtórzyła ten gest. To był rzeczywiście on, Henry Watkins, wyleniały nieco profesor jeszcze bardziej wyleniałej filozofii, alkoholik i sfrustrowany geniusz, wcielony w Kasyxa, Wojownika Nocy. Nie był wcale wyższy - chociaż teraz stał prosto, z ramionami na swoim miejscu. Nie był muskularny, lecz cechowała go teraz bardziej zdecydowana postawa, otaczała go aura siły charakteru i autorytetu. Wyglądał na człowieka, który potrafił poradzić sobie w walce. Najniezwyklejsza była jednak na wpół przezroczysta zbroja okrywająca go od stóp do głów, aż po spiczasty hełm. Wyglądała na ciężką i misterną, z kometkowym napierśnikiem, z przypominającymi odwłok homara spojeniami na biodrach i z dziesiątkami przyłączy energetycznych, kabli, zębatek i haczyków. Ledwo widział tę zbroję i wcale nie czuł jej wagi. Jednakże, gdy się poruszył, zbroja ruszyła się razem z nim, tak jakby naprawdę miał ją na sobie. Odwrócił się do Springer i powiedział: - To wdzianko... zupełnie jakby wcale nie istniało. - Istnieje, lecz tylko we śnie - powiedziała Springer. - To, co widzisz teraz, to tylko zapis pamięci, podobnie jak ta dziewczyna, którą wam pokazywałem. Henry popatrzył na siebie. - A zatem to jest prawdziwe - powiedział po prostu, uznając realność zjawiska. - Wojownicy Nocy istnieją naprawdę. - Tak, Henry, istnieli i znów zaistnieją. Kasyx, Tebulot, Samena. Springer skinął na Gila, by podszedł bliżej. Gil zawahał się, lecz stanął obok Henry'ego, rzucając co chwila pełne fascynacji spojrzenie na jego zbroję. To było całkiem zaskakujące. To przyćmiewało jazdę autostradą przy stu dwudziestu milach na godzinę i rajdy rowerem terenowym po okolicach targowisk Del Mar, i Zemstę Montezumy na Berry Farm Knotta, i inne budzące dreszcz wzruszenia, jakie był sobie w stanie przypomnieć. To przyćmiewało wszystko. - Uklęknij przy mnie, na jednym kolanie - poinstruowała Gila Springer. Gil zrobił, co mu kazano, nie spuszczając przy tym oczu z Henry'ego. - A teraz, Henry - powiedziała Springer - połóż swą lewą rękę na prawym ramieniu Gila. Henry zrobił to i Gil poczuł natychmiast energię napływającą przez palce Henry'ego i wlewającą się jak powódź w jego system nerwowy, niczym woda zapełniająca złożony system irygacyjny. Czuł się tak, jakby dłoń Henry'ego porażała go elektrycznością. Otworzył usta i natychmiast wokół jego zębów zaiskrzyły się błyskawice drobnych wyładowań. Włosy mu się zjeżyły. - To jesteś ty: Tebulot, Opiekun Maszyny - wygłosiła Springer, a Gil przyjrzał się sobie w lustrze. Wyglądał teraz na kogoś zwinniejszego i silniejszego, w jego oczach pojawiło się martwe spojrzenie skazańca, które niemal go rozśmieszyło. Miał hełm podobny do hełmu Henry'ego, tylko biały, z dwoma trójkątnymi skrzydłami po bokach. Napierśnik też był biały, ozdobiony rozmieszczonymi w różnych miejscach trójkątami. Nie miał jednak nagolenników, a jedynie przylegające białe noga-wice - mogło to mieć znaczenie, gdyby przyszło szybko się poruszać - i buty wyglądające jak najmodniejszy produkt firmy Nike. W rękach trzymał spory kawał lśniącej maszynerii, przypominającej karabin maszynowy, większej jednak i dłuższej, z dźwignią w kształcie litery T na samym wierzchu, podobną do dźwigni zmiany biegów, i wszystkimi możliwymi odmianami wycięć, zablokowanych zacisków, prowadnic i przełączników. Chciał zważyć maszynę w dłoni, lecz podobnie jak zbroja Henry'ego, była nieważka i ledwo widoczna. - Unieś ją i wyceluj. Gdy przyciśniesz cyngiel, wystrzeli słaby ładunek. Gil ostrożnie uniósł maszynę i złożył się do strzału. Stojąca tuż za nim Springer powiedziała: - Odciągnij do tyłu dźwignię, to ładownica. Tu, z boku, masz skalę, lśni złotawo, pokazując, ile zostało ci jeszcze ładunku. W porządku - wyceluj w ścianę i strzelaj. Trzęsącymi się dłońmi Gil odciągnął dźwignię aż do oporu. Skala rozjarzyła się lekko i widać było, że broń naładowana jest tylko w jednej dziesiątej, lecz było to dosyć dla pokazu. Dotknął spustu. Rozległo się ostre, lecz ciche „zzafff.” Kula żółtego światła przeleciała ze świstem przez pokój i eksplodowała na ścianie, wyrywając w ceglanym murze dwucalową dziurę.
|
Wątki
|