Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.
— Wiemy tylko, że tak a nie inaczej się to odbyło. Wiadomość nadeszła z niezawodnego źródła — stanowczo oświadczył Bartłomiej. — Od Andrzeja z Longjumeau, który aku- rat w Antiochii pertraktuje z Ignacym w sprawie pojednania… — Ach — parsknął Wit — z tym jakobitą, który uczestniczy w naszych procesjach, * Frater punitor (łac.) — mnich wymierzający kary. 261 ale przywiązany jest do prawosławnej doktryny, a przede wszystkim pragnie pozostać niezależny! — Właśnie z nim — potwierdził uśmiechając się Bartłomiej, który tymczasem obło- żył zmaltretowany grzbiet Wita chustami nawilżonymi w aloesie i teraz zaczął go owijać płóciennymi pasami. — Andrzej ostatnio przyjął Ignacego do zakonu świętego Domi- nika. — Nie doczekawszy się reakcji, przeszedł do sedna: — O tym, że William i Pian są u wielkiego chana, Andrzej dowiedział się, oczywiście pod przysięgą silentii stricti* od kanclerza syryjskich asasynów, a ten z pewnością jest dobrze zorientowany! Z ust Wita wydobył się śmiech i urwał, gdyż najlżejszy ruch żeber sprawiał viterb- czykowi piekielny ból. — W Masnacie — szydził — słyszą, jak trawa rośnie i co się dzieje w mongolskich stepach… — A tam, gdzie stąpa pan z Viterbo, nie rośnie już żadna trawa — zabrzmiał głos Nie- widzialnego nad ich głowami, gdzie znajdowały się tylko półki zapełnione aż do sufi- tu foliałami oprawionymi w skórę. — Zamierzasz obandażować go jak mumię? — głos zwrócił się do niosącego pomoc mnicha. — Zakończ już swoją samarytańską posługę, Bartłomieju! Bartłomiej zebrał swoje rzeczy i spiesznie zniknął za drzwiami, które zatrzasnęły się głucho. — Carpe diem!*— oznajmił Szary Kardynał. — Jeśli nie chcesz się więcej niczego na- uczyć, to zacznij przynajmniej myśleć, zastanawiać się, a przede wszystkim przewidy- wać. Daję ci, Wicie, tyle czasu, ile potrzebujesz, aby zrozumieć, że człowiekiem czynu ma kierować logos, a nie humores!* — Czy rozważyliście — odparł Wit szybko — że tamci… że Przeorat… — Nie wypowiadaj na głos swego podejrzenia! Nigdy! Nawet w tych czterech ścia- nach! — przerwał mu drżącym z wściekłości głosem Szary Kardynał. — Zachowaj do- mysły dla siebie, jeśli ci życie miłe! — I owszem, jest mi miłe, zwłaszcza z nie uszkodzonym ciałem — burknął Wit. — Ale czy pomyśleliście, eminencjo, że tamci mogli wam podsunąć fałszywy trop? Andrzej, ten nadęty paw!… Naprawdę sądzicie, że kanclerz asasynów, najbardziej za- mkniętej sekty na ziemi, zwierzyłby sekret o takiej doniosłości temu plotkarzowi, nawet pod rygorem „zachowania ścisłej tajemnicy”? Oni wszyscy są w zmowie! Dajcie mi flo- tę, a wyciągnę dzieci z kryjówki, której nigdy nie opuściły: z Otranto! Szary Kardynał milczał czekając, czy jeszcze coś usłyszy, po czym oznajmił: * Silentium strictum (łac.) — absolutne milczenie. * Carpe diem! (łac.) — korzystaj z [każdego] dnia! * Logos (gr.) — słowo, pojęcie; tu w zn. filozof. — rozum; humores (łac.) — humory, dawny termin medyczny, żywy w średniowieczu, oznaczający cztery główne płyny organiczne, których wzajemne pro- porcje wpływają na usposobienie i nastroje. 262 — Nie opuścisz tego pokoju, póki się nie przekonam, że bez szkody i wstydu możesz iść między ludzi. Na tym rozmowa się zakończyła. Wit poczuł powiew lodowatego powietrza, gdzieś na moment otwarły się drzwi… Ulewa chłostała gładkie mury zamku Świętego Anioła. Na zbliżającego się od stro- ny Tybru nocnego przybysza nie padło z twierdzy żadne światło, a wąska furta otwar- ła się dopiero wówczas, gdy szybko przesuwające się strzępy chmur odsłoniły na czas jednego oddechu zimową tarczę księżyca. Mateusz z Paryża musiał wielokrotnie cią- gnąć za sznur od dzwonka, nim pełniąca rolę pomostu brama opuściła się ze szczękiem i wreszcie wchłonęły go mury. Sklepione documentarium, przywodzące na myśl kryptę, zabezpieczały potrójne żelazne drzwi i zamki. Otwierało się je różnymi kluczami wkładanymi jednocześnie z zewnątrz i wewnątrz, powierzonymi rzecz jasna różnym rękom. W pomieszczeniu płonęły wszystkie lampy oliwne, których blask wzmacniały wklęsłe srebrne zwierciadła, rzucające na pulpity skupione wiązki światła. Szarzy mnisi o ołowianych twarzach, któ- re rzadko oglądały światło dnia, nadzorowali gromadę piszących niewolników, biegłych Chaldejczyków z Mezopotamii, którzy pobierali nauki w Aleksandrii, i żydowskich uczonych zwerbowanych w Hiszpanii. Ci specjaliści mogli opuścić documentarium tylko martwi. Tutaj sporządzano papieskie bulle, kopiowano traktaty, redagowano i poprawiano na korzyść kurii rzymskiej dyspozycje spadkowe: kwestie nieistotne bądź nieprzyjemne były omissis* a co niestosowne — „upiększano”. Ząb czasu nadgryzał nie tylko stare pergaminy, które „odświeżano”, lecz również ich treść i formę, należało je więc dostosowywać do zmienionych okoliczności. To co niegdyś było korzystne, set- ki lat później mogło stanąć w sprzeczności z interesami patrimonii Petri, toteż skrybo- wie mieli pod ręką pieczęcie i szablony podpisów zmarłych papieży i legatów, atramen- ty, laki i sznurki ze wszystkich epok funkcjonowania sekreteriatu rzymskiej kurii. — Jego eminencja oczekuje was w naszym fałszerskim warsztacie — powitał Bartło- miej późnego gościa. Wobec niego mógł sobie pozwolić na zakazane wyrażenie: Mate- usz z Paryża był nie tylko zdolnym nadzorcą tej przydatnej placówki, lecz również jej chodzącym skorowidzem. Nikt poza nim nie miał w głowie wszystkich dat i faktów i nie wiedział, gdzie co można znaleźć. Bartłomiej, towarzyszący przemoczonemu do nitki bratu podczas rytuału otwiera- nia i zamykania drzwi, zapoznał go z najświeższą nowiną: — Wit dostał trzy tuziny batów i ścisły areszt!
|
Wątki
|