Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.
Powitała mnie znajoma woń płonącej parafiny i charakterystyczny szum lampy gazowej. Poczułem się niemal jak w domu. Usadzono mnie na podłodze. Kazano mi podwinąć nogi i opuścić głowę. Ręce miałem skute za plecami. Nie stawiałem żadnego oporu, bo nie było sensu. Zacisnąłem zęby i czekałem, co będzie dalej. Zerwano mi przepaskę z oczu. W czasie podróży materiał przylgnął do świeżych ran na policzkach i nosie i gdy go zerwano, twarz spłynęła krwią.
Zapomniałem jednak o bólu, widząc Dingera. Nie słyszałem go, gdy wywlekano nas z auta i bałem się, że znów zostałem sam. Również i jemu odsłonięto oczy. Spojrzeliśmy na siebie. Dinger mrugnął porozumiewawczo, co dodało mi otuchy. Od początku, to znaczy od chwili kiedy nas złapano, unikałem wzroku naszych oprawców, więc ów trwający ułamek sekundy kontakt z drugą istotą ludzką sprawił mi ogromną radość. Pomieszczenie, w którym się znaleźliśmy, było mroczne i miało w sobie coś średniowiecznego: kamienne, wilgotne ściany, woń stęchlizny, chłód, zamurowane okna, betonowa, nierówna podłoga. Uniosłem głowę, aby choć na chwilę wyprostować szyję, ale wartownik, którego obecności nie zauważyłem, zareagował błyskawicznie, przyginając mi głowę do ziemi. Kątem oka dostrzegłem tylko, że miał mundur w kolorze khaki. Do tej pory otaczali nas ludzie w komandoskich mundurach maskujących. Zauważyłem także, że usadzono nas vis-a-vis dwumetrowego, składanego stołu, wokół którego stało kilka, również składanych, krzeseł. Wszystko zresztą miało taki właśnie, prowizoryczny charakter. Irakijczycy piją kawę i herbatę w małych szklaneczkach, jakich my używamy zwykle do soku, i właśnie ze trzy takie naczynia stały na stole. Musiano je zostawić jakiś czas temu, bo nie dopita zawartość zdążyła wystygnąć — nie unosiła się para. Obok stały dwie popielniczki, pełne niedopałków, a wokół walały się kawałki papierów. Na stole też leżała broń. Podniosłem wzrok słysząc, że coś się dzieje przy drzwiach. Do środka weszło dwóch mężczyzn. Pierwszy z nich miał na sobie zielonkawy kombinezon lotniczy, na który narzucił cywilną, skórzaną kurtkę. Na nogach miał kamasze z wyjątkowo wysokimi obcasami, zamykane na zamek błyskawiczny. Wyglądał na podstarzałego playboya i z największym trudem stłumiłem wesołość, która mnie ogarnęła na jego widok. Był stosunkowo wysoki, a miał przy tym ogromne, wystające brzuszysko. Wydawało się, że lotniczy kombinezon zaraz pęknie pod naporem obfitego cielska. Kretyn sądził zapewne, że jest smukłym, eleganckim młodzieńcem, podczas gdy w rzeczywistości wyglądał jak stary pryk. Drugi był niższy i drobniejszy, wręcz chudy, miał zapadłe policzki. Ubranie wisiało na nim jak worek, jakby sprawiono mu je w nadziei, że może dorośnie do rozmiaru. Konwojenci przynieśli wszystko, co nam zabrano w chwili zatrzymania — oporządzenie i broń — i złożyli razem na stole. Czy coś z tego może nas zdekonspirować? — myślałem. Czy mają także nasze plecaki? Prykowaty elegant wręczył chudzielcowi wielką, szarą kopertę, opatrzoną pieczęciami z wizerunkiem dziewięcioramiennej gwiazdy i arabskimi napisami. Najwyraźniej przekazywano nas, lecz nie wiedziałem, kto i komu; czy komandosi z jednostki liniowej — facetom z wojskowych służb specjalnych, czy też kontrwywiad wojskowy — cywilnej policji. Bez względu jednak na to, kto i komu, jedno było oczywiste, to mianowicie, że pogrążamy się coraz głębiej i ewentualna ucieczka będzie coraz trudniejsza. Nie zwrócono się do nas ani słowem, jakby w ogóle nas nie było. Nie uczyniono nawet żadnego gestu w naszą stronę, ale pilnowano nas bacznie. Gdy próbowaliśmy rozprostować odrętwiałe nogi, natychmiast podeszło paru strażników, każąc wrócić do poprzedniej pozycji. Zerknąłem na ich ręce licząc, że dowiem się, która jest godzina, ale żaden z nich nie nosił zegarka na ręku, a to potwierdzało moje przypuszczenie, że mamy do czynienia z zawodowcami. Dziwiło mnie tylko, że wszystkie urzędowe czynności odbywały się na naszych oczach. Tymczasem stary pryk w lotniczym kombinezonie opuścił pomieszczenie. Po chwili rozległ się warkot silników samochodowych, znak, że cała kolumna odjeżdża. Zostaliśmy z nowymi gospodarzami.
|
Wątki
|