Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.
Pstryknął z palców niedopałkiem i gapił się na nią.
- To był najbardziej sakramencki widok, jaki w życiu widziałem. Czy wiesz że cała artyleria i połowa snajperów z obu stron tej pierdolonej wojny miała tylko dziesięć minut na to, żeby nad tobą pogłówkować? Próbowała się tłumaczyć. - Czy nikt ci nie włożył do tego małego łebka, że nie postałabyś tak malowniczo na tle nieba dłużej niż dziesięć zajebanych minut? Zdajesz sobie sprawę, że gdyby cię postrzelili, resztę wojny i dziesięć lat potem spędziłbym na pisaniu pierdolonych raportów? - wgapił się w nią, oczekując wyjaśnień. Wracali, gdy wreszcie zdobyła się na słowo przeproszenia. Zatrzymał transporter. - Dziewczyno, chcesz mi wmówić, żeś nic o tym nie wiedziała? Udajesz, że jesteś tutaj i nie wiesz, jak się zachować? - Myśli pan, że powinnam robić zdjęcia na leżąco? - Dobry pomysł, dziewczyno. Zapamiętasz to sobie na przyszłość? - Nie zapomnę, kapitanie. Ale czułam się tam taka samotna. Żyje tam tylko kilka os. - Os! - omal nie eksplodował. - Nie ma na tej przeklętej wyspie żadnych os! - Wyciągnął przed siebie prawe ramię jak karabin i wydał ustami kilka dźwięków naśladujących strzały. - Więc to nie były osy? - spytała ledwie dosłyszalnie. Nie powiedział już nic do chwili, gdy pomógł jej wysiadać, podając dłoń, w rejonie szpitala. - Dziewczyno - powiedział - chciałbym, żebyś wiedziała, że naprawdę zafundowałaś mi niesamowity dzień. - Już miał odjeżdżać, gdy spytała, czy nie zna porucznika McGlynna. - Z jakiego jest oddziału? - Dwudziesty Pierwszy Pułk Piechoty Morskiej, Trzecia Dywizja. Zaprzeczył ruchem głowy, mówiąc, że pochodzi z dywizji czwartej. - W takim razie zna pan chyba porucznika marynarki wojennej, Eda MacDowella? - Jasne, widziałem go wczoraj. - Machnął dłonią. - Dzięki za to rozrywkowe popołudnie - rzekł i ruszył z kopyta, rycząc silnikiem i wyrzucając spod kół tumany wulkanicznych popiołów. Maggie dowiedziała się, że ładowanie C-47 rozpoczną dopiero za godzinę, poszła więc do namiotu szpitalnego. Powietrze było tam gęste od dymu tytoniowego, potu, brudu i zapachu krwi. Ludzie leżeli na składanych łóżkach, cierpliwie czekając na ewakuację. Panowała tu zadziwiająca cisza. Ktoś pojękiwał, inni milczeli, albo rozmawiali szeptem z lekarzami lub noszowymi. Skinął na nią żołnierz, który nie golił się z pewnością od dnia wylądowania na wyspie. - Hej, damo, nie pstryknęłabyś mi fotki? - Gdyby jego matka zobaczyła zdjęcie syna w gazecie w Asbury Park, toby dostała skrzydeł. Poprosił sanitariusza, żeby go posadził prosto, wtedy Maggie dostrzegła, że ma tylko jedno ramię. - To ładnie, żeś zauważyła - powiedział i nasunął na kikut połę kurtki. Wzięła jego nazwisko, adres i obiecała posłać egzemplarze gazety matce. Zerknęła na kartę chorobową następnego pacjenta, szeregowca z 21 Pułku Piechoty Morskiej. Zaczęła wypytywać go o brata, ale spostrzegła, że śpi. Przeczytała diagnozę: Liczne rany lewej stopy (odłamki szrapnela), lewej nogi, łokcia, pośladków i okolic lędźwi. 40 000 jednostek penicyliny. - Strasznie jego pułk oberwał - powiedział sanitariusz. - Wczoraj przyjęliśmy z 21-go ponad stu rannych. Maggie pobladła i przebiegła szybko między rzędami łóżek, sprawdzając karty chorobowe. Na ostatnim znalazła MacDowella. Spojrzał na nią, kompletnie zdumiony. - Co ty tu, u diabła, robisz? Miał na koszuli zakrzepłą krew, prawe ramię na temblaku. Zatkało ją, mogła jedynie wykrztusić: - Mac. - Uklękła przy nim i ujęła za lewą dłoń. - Co się stało? - Nic groźnego. Po prostu oberwałem w ramię. Delikatnie dotknęła skrwawionej koszuli. - To nie moja. To sąsiada. - Zaczął ją besztać. Nie miała prawa tu być. To nie jest miejsce dla damy. A ona po prostu kiwała głową, nadal trzymając go za dłoń. Nagle zdała sobie sprawę, że zachowuje się nieprofesjonalnie. Wyjęła blok i przepisała informacje z jego karty. W końcu zdobyła się na odwagę i spytała o Marka. - Widziałem go wczoraj, albo może przedwczoraj, na stanowisku dowodzenia pułku. Gadał z jakimś Japem tak, że można by pomyśleć, że są kumplami z jednej budy. Jakiś oficer wsadził do namiotu głowę i krzyknął: - Okay, chłopcy, zacznijcie ich wynosić. - Pół godziny później C-47 z Maggie i MacDowellem na pokładzie sunął po zharatanym pasie startowym. Uniósł się powoli, lecąc chwilę w stronę czerwonego jak krew słońca, zatoczył krąg nad martwym wulkanem i skierował ku domowi. Yuji Toda skrobał w zrujnowanym wykopie list do rodziców opisując bohaterską obronę i to jak ich linie przełamano, i swoją wściekłość, ponieważ zabrakło mu już rakiet. „Muszę się uniewinnić. Bądźcie pewni, że nazwisko Toda nie zostanie zhańbione. Proszę was, żebyście dbali o siebie i robili wszystko co należy, aż do zwycięstwa. Żegnajcie. Kończę ten list w oczekiwaniu śmierci". Skończywszy, zameldował się Toda u dowódcy Drugiej Brygady Mieszanej, porywczego oficera, który wojował z Rosjanami w Mandżurii. Zgłosił gotowość rzucenia się z ładunkiem wybuchowym pod gąsienice wrażego czołgu. Dowódca pogratulował mu odwagi i odesłał do najbliższej pieczary dla podobnych mu antyczołgistów. Po północy Toda opuścił ją z przywiązanym do pleców pudłem dynamitu. Nie opodal wąwozu, którym przedarły się dostrzeżone wcześniej przez Maggie trzy czołgi, trafił na ciała poległych. Sądząc po śladach gąsienic, wydedukował, że logicznie rozumując, czołgi przejdą o świcie właśnie tędy. Przebił się poprzez cuchnącą stertę zwłok, usmarował twarz i mundur cudzą krwią i udrapował wnętrznościami. Myślał przy tym: komu posłużą moje flaki jutro?
|
WÄ…tki
|