Tak upłynęły trzy, cztery dni...

Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.
Zorba pracował bez wytchnienia, bez odpoczynku, jadła i napoju. Nikł w oczach. Któregoś wieczoru powiedziałem mu, że Bubulina leży jeszcze chora, bez pomocy lekarskiej, że majacząc woła jego imię.
Zacisnął pięść.
— Dobrze — rzekÅ‚.
Nazajutrz o świcie poszedł do wioski i natychmiast wrócił.
— WidziaÅ‚eÅ› jÄ…? — spytaÅ‚em. — Jak siÄ™ czuje?
Zorba zmarszczył brwi.
— To nie jest zwykÅ‚a choroba — odparÅ‚. — Ona umiera.
I ruszył szybkimi krokami w kierunku góry.
Tego wieczoru wziął laskę i wyszedł bez kolacji.
— DokÄ…d, Zorbo? — spytaÅ‚em. — Do wioski?
— Nie. Na krótki spacer, zaraz wracam.
Szedł wielkimi, zdecydowanymi krokami do wioski.
Byłem zmęczony, położyłem się. Umysłem próbowałem ogarnąć cały świat, wracały wspomnienia, osaczały mnie troski, myśl krążyła wokół niedosiężnych idei, aż znów spoczęła na Zorbie.
“JeÅ›li przypadkiem natknie siÄ™ na Manolakasa — myÅ›laÅ‚em — ten rozwÅ›cieczony kreteÅ„ski olbrzym rzuci siÄ™ na niego". Podobno ostatnio zamknÄ…Å‚ siÄ™ w domu. Wstydzi siÄ™ pokazać w wiosce i bez przerwy grozi, że gdy dopadnie Zorby, “zmiele go w zÄ™bach jak sardynkÄ™". Wczoraj zaÅ› jeden z robotników zobaczyÅ‚ go o północy krążącego w pobliżu baraku. JeÅ›li spotkajÄ… siÄ™ dziÅ› wieczór, nastÄ…pi masakra.
Skoczyłem na równe nogi, ubrałem się i ruszyłem szybko drogą w kierunku wsi. Pełna czaru, wilgotna noc pachniała dziką lewkonią. Po chwili rozpoznałem w mroku Zorbę, który wlókł się wolno, jakby był zmęczony. Od czasu do czasu przystawał, spoglądał na gwiazdy, nasłuchiwał, potem przyśpieszał kroku i słyszałem uderzenia jego laski o kamienie.
Zbliżał się już do ogrodu wdowy, powietrze nasycone tu było wonią kwiecia cytrynowego i kaprifolium. W tej właśnie chwili pośród drzew pomarańczowych zadźwięczał głos słowika, czysty niby szmer źródlanej wody. Śpiewał i śpiewał w ciemnościach, aż zapierało dech w piersiach. Zorba nagle zatrzymał się, przeszyty jak i ja bezmiernym urokiem tej pieśni.
Jednocześnie trzciny tworzące ogrodzenie poruszyły się, a ostre liście zastukotały niczym stalowe klingi.
— Hej, ty tam! — huknÄ…Å‚ ktoÅ› dziko. — Nareszcie ciÄ™ mam, stary Å‚ajdaku!
Skamieniałem. Poznałem ten głos.
Zorba postąpił do przodu, uniósł laskę i znów stanął. W świetle gwiazd mogłem dostrzec wyraźnie każdy jego ruch.
Zza trzcinowego płotu jednym susem wyskoczył rosły chłop.
— Kto tam? — zawoÅ‚aÅ‚ Zorba, wyciÄ…gajÄ…c szyjÄ™.
— Ja, Manolakas.
— Idź swojÄ… drogÄ…, wynoÅ› siÄ™!
— ZhaÅ„biÅ‚eÅ› mnie, Zorba!
— To nie ja ciÄ™ zhaÅ„biÅ‚em, Manolakasie, to los tak zrzÄ…dziÅ‚. Zmykaj, mówiÄ™ ci! Czy nie wiesz, że los jest Å›lepy?!
— Los nie los, Å›lepy nie Å›lepy! — zawoÅ‚aÅ‚ Manolakas, zgrzytajÄ…c zÄ™bami. — MuszÄ™ zmyć swojÄ… haÅ„bÄ™ dzisiejszego wieczoru. Masz nóż?
— Nie, tylko kij — odparÅ‚ Zorba.
— Idź, przynieÅ› swój nóż. Tu czekam na ciebie! Idź!
Zorba nie ruszał się.
— Strach ciÄ™ obleciaÅ‚? — zadrwiÅ‚ Manolakas. — Idź, mówiÄ™ ci!
— Po co mi nóż? — spytaÅ‚ Zorba, wpadajÄ…c w zÅ‚ość. — Nie mam tu nic z nim do roboty. PamiÄ™tasz, przy koÅ›ciele ty miaÅ‚eÅ› nóż, ja nie. Ale chyba nieźle sobie radziÅ‚em...
— Kpisz sobie ze mnie nawet, co? — ryknÄ…Å‚ Manolakas. — Ale zÅ‚y czas obraÅ‚eÅ› na to! Jestem uzbrojony, a ty nie! PrzynieÅ› nóż, wszawy MacedoÅ„czyku — i zmierzymy siÄ™!
— Odrzuć nóż, a ja laskÄ™ — i zmierzymy siÄ™! — odkrzyknÄ…Å‚ Zorba drżącym z wÅ›ciekÅ‚oÅ›ci gÅ‚osem. — No, wszawy KreteÅ„czyku?
Zorba szybkim ruchem ramienia odrzucił laskę. Słyszałem, jak zaszeleściła w trzcinach.
— Rzuć nóż!
Zbliżyłem się cicho na palcach. W świetle gwiazd zdążyłem uchwycić wzrokiem błysk noża, który też upadł w trzciny.
Zorba splunął w dłonie.
— Jazda! — wrzasnÄ…Å‚ i skoczyÅ‚ z rozpÄ™du. Ale zanim zwarli siÄ™ zacietrzewieni, skoczyÅ‚em miÄ™dzy nich.
— Stójcie! — zawoÅ‚aÅ‚em. — Manolakasie, Zorbo, nie wstyd wam!
Przeciwnicy wolno zbliżyli się do mnie. Chwyciłem prawą rękę każdego z nich.
— Podajcie sobie dÅ‚onie. Obaj jesteÅ›cie dzielnymi chÅ‚opcami. Przerwijcie spór!
— OkryÅ‚ mnie haÅ„bÄ…... — upieraÅ‚ siÄ™ Manolakas, próbujÄ…c wyrwać rÄ™kÄ™.
— Nie tak Å‚atwo ciÄ™ zhaÅ„bić — rzekÅ‚em. — CaÅ‚a wioska zna twoje mÄ™stwo, zapomnij o tym, co zdarzyÅ‚o siÄ™ wówczas przy koÅ›ciele, bo staÅ‚o siÄ™ to w zÅ‚Ä… godzinÄ™. PrzeszÅ‚o, minęło! I nie zapominaj, że Zorba jest obcy, pochodzi z Macedonii, a wielkim wstydem dla KreteÅ„czyka jest podnieść rÄ™kÄ™ na goÅ›cia... Chodź, okaż prawdziwe mÄ™stwo, uÅ›cisnÄ…wszy mu dÅ‚oÅ„. A potem pójdziemy do baraku na szklankÄ™ wina i pieczonÄ… kieÅ‚basÄ™, by tym przypieczÄ™tować zgodÄ™.
Objąłem go wpół i odprowadziłem na bok.
— On jest już stary, biedaczysko! — szepnÄ…Å‚em mu do ucha. — Nie godzi siÄ™, żeby taki miody, silny junak biÅ‚ siÄ™ z nim!
Manolakas zmiękł:
— Niech bÄ™dzie — rzuciÅ‚. — UczyniÄ™ to dla ciebie!
Postąpił krok w stronę Zorby i wyciągnął ciężką łapę:
— Chodź, Zorbo! — powiedziaÅ‚. — Co byÅ‚o, a nie jest, nie pisze siÄ™ w rejestr. Daj rÄ™kÄ™!
— ZżarÅ‚eÅ› mi kawaÅ‚ ucha — rzekÅ‚ Zorba — ale niech ci bÄ™dzie na zdrowie. Masz mojÄ… rÄ™kÄ™!
Ściskali sobie ręce długo i mocno, coraz mocniej... I patrzyli na siebie... Bałem się, że jednak dojdzie do bitki.
— TÄ™go Å›ciskasz, jesteÅ› silny chÅ‚op, Manolakasie! — przyznaÅ‚ Zorba.
— Ty też nieźle. ÅšciÅ›nij jeszcze mocniej, jeÅ›li potrafisz!
— Starczy już! — zawoÅ‚aÅ‚em. — Chodźmy oblać naszÄ… przyjaźń.
Stanąłem między nimi, z prawej strony miałem Zorbę, z lewej Manolakasa. Ruszyliśmy w kierunku naszego wybrzeża.
WÄ…tki
Powered by wordpress | Theme: simpletex | © Jak ciÄ™ zÅ‚apiÄ…, to znaczy, że oszukiwaÅ‚eÅ›. Jak nie, to znaczy, że posÅ‚użyÅ‚eÅ› siÄ™ odpowiedniÄ… taktykÄ….