Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.
Zorba pracował bez wytchnienia, bez odpoczynku, jadła i napoju. Nikł w oczach. Któregoś wieczoru powiedziałem mu, że Bubulina leży jeszcze chora, bez pomocy lekarskiej, że majacząc woła jego imię.
ZacisnÄ…Å‚ pięść. — Dobrze — rzekÅ‚. Nazajutrz o Å›wicie poszedÅ‚ do wioski i natychmiast wróciÅ‚. — WidziaÅ‚eÅ› jÄ…? — spytaÅ‚em. — Jak siÄ™ czuje? Zorba zmarszczyÅ‚ brwi. — To nie jest zwykÅ‚a choroba — odparÅ‚. — Ona umiera. I ruszyÅ‚ szybkimi krokami w kierunku góry. Tego wieczoru wziÄ…Å‚ laskÄ™ i wyszedÅ‚ bez kolacji. — DokÄ…d, Zorbo? — spytaÅ‚em. — Do wioski? — Nie. Na krótki spacer, zaraz wracam. SzedÅ‚ wielkimi, zdecydowanymi krokami do wioski. ByÅ‚em zmÄ™czony, poÅ‚ożyÅ‚em siÄ™. UmysÅ‚em próbowaÅ‚em ogarnąć caÅ‚y Å›wiat, wracaÅ‚y wspomnienia, osaczaÅ‚y mnie troski, myÅ›l krążyÅ‚a wokół niedosiężnych idei, aż znów spoczęła na Zorbie. “JeÅ›li przypadkiem natknie siÄ™ na Manolakasa — myÅ›laÅ‚em — ten rozwÅ›cieczony kreteÅ„ski olbrzym rzuci siÄ™ na niego". Podobno ostatnio zamknÄ…Å‚ siÄ™ w domu. Wstydzi siÄ™ pokazać w wiosce i bez przerwy grozi, że gdy dopadnie Zorby, “zmiele go w zÄ™bach jak sardynkÄ™". Wczoraj zaÅ› jeden z robotników zobaczyÅ‚ go o północy krążącego w pobliżu baraku. JeÅ›li spotkajÄ… siÄ™ dziÅ› wieczór, nastÄ…pi masakra. SkoczyÅ‚em na równe nogi, ubraÅ‚em siÄ™ i ruszyÅ‚em szybko drogÄ… w kierunku wsi. PeÅ‚na czaru, wilgotna noc pachniaÅ‚a dzikÄ… lewkoniÄ…. Po chwili rozpoznaÅ‚em w mroku ZorbÄ™, który wlókÅ‚ siÄ™ wolno, jakby byÅ‚ zmÄ™czony. Od czasu do czasu przystawaÅ‚, spoglÄ…daÅ‚ na gwiazdy, nasÅ‚uchiwaÅ‚, potem przyÅ›pieszaÅ‚ kroku i sÅ‚yszaÅ‚em uderzenia jego laski o kamienie. ZbliżaÅ‚ siÄ™ już do ogrodu wdowy, powietrze nasycone tu byÅ‚o woniÄ… kwiecia cytrynowego i kaprifolium. W tej wÅ‚aÅ›nie chwili poÅ›ród drzew pomaraÅ„czowych zadźwiÄ™czaÅ‚ gÅ‚os sÅ‚owika, czysty niby szmer źródlanej wody. ÅšpiewaÅ‚ i Å›piewaÅ‚ w ciemnoÅ›ciach, aż zapieraÅ‚o dech w piersiach. Zorba nagle zatrzymaÅ‚ siÄ™, przeszyty jak i ja bezmiernym urokiem tej pieÅ›ni. JednoczeÅ›nie trzciny tworzÄ…ce ogrodzenie poruszyÅ‚y siÄ™, a ostre liÅ›cie zastukotaÅ‚y niczym stalowe klingi. — Hej, ty tam! — huknÄ…Å‚ ktoÅ› dziko. — Nareszcie ciÄ™ mam, stary Å‚ajdaku! SkamieniaÅ‚em. PoznaÅ‚em ten gÅ‚os. Zorba postÄ…piÅ‚ do przodu, uniósÅ‚ laskÄ™ i znów stanÄ…Å‚. W Å›wietle gwiazd mogÅ‚em dostrzec wyraźnie każdy jego ruch. Zza trzcinowego pÅ‚otu jednym susem wyskoczyÅ‚ rosÅ‚y chÅ‚op. — Kto tam? — zawoÅ‚aÅ‚ Zorba, wyciÄ…gajÄ…c szyjÄ™. — Ja, Manolakas. — Idź swojÄ… drogÄ…, wynoÅ› siÄ™! — ZhaÅ„biÅ‚eÅ› mnie, Zorba! — To nie ja ciÄ™ zhaÅ„biÅ‚em, Manolakasie, to los tak zrzÄ…dziÅ‚. Zmykaj, mówiÄ™ ci! Czy nie wiesz, że los jest Å›lepy?! — Los nie los, Å›lepy nie Å›lepy! — zawoÅ‚aÅ‚ Manolakas, zgrzytajÄ…c zÄ™bami. — MuszÄ™ zmyć swojÄ… haÅ„bÄ™ dzisiejszego wieczoru. Masz nóż? — Nie, tylko kij — odparÅ‚ Zorba. — Idź, przynieÅ› swój nóż. Tu czekam na ciebie! Idź! Zorba nie ruszaÅ‚ siÄ™. — Strach ciÄ™ obleciaÅ‚? — zadrwiÅ‚ Manolakas. — Idź, mówiÄ™ ci! — Po co mi nóż? — spytaÅ‚ Zorba, wpadajÄ…c w zÅ‚ość. — Nie mam tu nic z nim do roboty. PamiÄ™tasz, przy koÅ›ciele ty miaÅ‚eÅ› nóż, ja nie. Ale chyba nieźle sobie radziÅ‚em... — Kpisz sobie ze mnie nawet, co? — ryknÄ…Å‚ Manolakas. — Ale zÅ‚y czas obraÅ‚eÅ› na to! Jestem uzbrojony, a ty nie! PrzynieÅ› nóż, wszawy MacedoÅ„czyku — i zmierzymy siÄ™! — Odrzuć nóż, a ja laskÄ™ — i zmierzymy siÄ™! — odkrzyknÄ…Å‚ Zorba drżącym z wÅ›ciekÅ‚oÅ›ci gÅ‚osem. — No, wszawy KreteÅ„czyku? Zorba szybkim ruchem ramienia odrzuciÅ‚ laskÄ™. SÅ‚yszaÅ‚em, jak zaszeleÅ›ciÅ‚a w trzcinach. — Rzuć nóż! ZbliżyÅ‚em siÄ™ cicho na palcach. W Å›wietle gwiazd zdążyÅ‚em uchwycić wzrokiem bÅ‚ysk noża, który też upadÅ‚ w trzciny. Zorba splunÄ…Å‚ w dÅ‚onie. — Jazda! — wrzasnÄ…Å‚ i skoczyÅ‚ z rozpÄ™du. Ale zanim zwarli siÄ™ zacietrzewieni, skoczyÅ‚em miÄ™dzy nich. — Stójcie! — zawoÅ‚aÅ‚em. — Manolakasie, Zorbo, nie wstyd wam! Przeciwnicy wolno zbliżyli siÄ™ do mnie. ChwyciÅ‚em prawÄ… rÄ™kÄ™ każdego z nich. — Podajcie sobie dÅ‚onie. Obaj jesteÅ›cie dzielnymi chÅ‚opcami. Przerwijcie spór! — OkryÅ‚ mnie haÅ„bÄ…... — upieraÅ‚ siÄ™ Manolakas, próbujÄ…c wyrwać rÄ™kÄ™. — Nie tak Å‚atwo ciÄ™ zhaÅ„bić — rzekÅ‚em. — CaÅ‚a wioska zna twoje mÄ™stwo, zapomnij o tym, co zdarzyÅ‚o siÄ™ wówczas przy koÅ›ciele, bo staÅ‚o siÄ™ to w zÅ‚Ä… godzinÄ™. PrzeszÅ‚o, minęło! I nie zapominaj, że Zorba jest obcy, pochodzi z Macedonii, a wielkim wstydem dla KreteÅ„czyka jest podnieść rÄ™kÄ™ na goÅ›cia... Chodź, okaż prawdziwe mÄ™stwo, uÅ›cisnÄ…wszy mu dÅ‚oÅ„. A potem pójdziemy do baraku na szklankÄ™ wina i pieczonÄ… kieÅ‚basÄ™, by tym przypieczÄ™tować zgodÄ™. ObjÄ…Å‚em go wpół i odprowadziÅ‚em na bok. — On jest już stary, biedaczysko! — szepnÄ…Å‚em mu do ucha. — Nie godzi siÄ™, żeby taki miody, silny junak biÅ‚ siÄ™ z nim! Manolakas zmiÄ™kÅ‚: — Niech bÄ™dzie — rzuciÅ‚. — UczyniÄ™ to dla ciebie! PostÄ…piÅ‚ krok w stronÄ™ Zorby i wyciÄ…gnÄ…Å‚ ciężkÄ… Å‚apÄ™: — Chodź, Zorbo! — powiedziaÅ‚. — Co byÅ‚o, a nie jest, nie pisze siÄ™ w rejestr. Daj rÄ™kÄ™! — ZżarÅ‚eÅ› mi kawaÅ‚ ucha — rzekÅ‚ Zorba — ale niech ci bÄ™dzie na zdrowie. Masz mojÄ… rÄ™kÄ™! Åšciskali sobie rÄ™ce dÅ‚ugo i mocno, coraz mocniej... I patrzyli na siebie... BaÅ‚em siÄ™, że jednak dojdzie do bitki. — TÄ™go Å›ciskasz, jesteÅ› silny chÅ‚op, Manolakasie! — przyznaÅ‚ Zorba. — Ty też nieźle. ÅšciÅ›nij jeszcze mocniej, jeÅ›li potrafisz! — Starczy już! — zawoÅ‚aÅ‚em. — Chodźmy oblać naszÄ… przyjaźń. StanÄ…Å‚em miÄ™dzy nimi, z prawej strony miaÅ‚em ZorbÄ™, z lewej Manolakasa. RuszyliÅ›my w kierunku naszego wybrzeża.
|
WÄ…tki
|