— Może trzy siostry? — podpytał Wheldrake...

Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.

— Trzy siostry? — Mężczyzna potrząsnął głową. — Wiedziałbym, gdyby się
tu zjawiły. Nie, sir. Ale każę rozpytać w sąsiednich wioskach. Jeśli jesteście głod-ni, to z radością was skredytuje. Mamy tu kilka wspaniałych restauracji.
Było widać, że Trollon nie cierpi biedy. Świeżo odmalowane, przeszklone,
z nieprawdopodobnie wręcz czystymi ulicami.
56
— Wygląda na to, że wszelką nędzę i cierpienie usuwa się tu z widoku —
wyszeptał Wheldrake. — Szczęśliwy będę, mogąc stąd odjechać, książę.
— To ostatnie może okazać się nieco trudne — mruknęła Róża cicho, by go-
spodarz jej nie usłyszał. — Kto wie, czy nie zamierzają zrobić z nas niewolników na podobieństwo tych nieszczęsnych istot na dole.
— Jedno wiem — powiedział Elryk — a to tyle, że nie zamierzają od razu
zapędzić nas do roboty. Ale bez wątpienia mają jakieś plany co do naszych koni, a pewnie i nas samych. Nie zamierzam zostawać tu ani chwilę dłużej, niż trzeba na zasięgnięcie informacji. Nie zbywa mi na czasie. — Z wolna wracała mu jego dawna arogancja i niecierpliwość.
Próbował je wyciszyć, ostatecznie to one właśnie odmieniły tragicznie jego życie. Nie cierpiał balastu swej krwi szlachetnej, czarów, uzależnienia od runicznego miecza czy leków. Gdy Amarine Goodool przyprowadził ich na wioskowy
rynek (pełen sklepów i zajazdów, przy czym wszystkie budynki były bardzo stare), gdzie czekał na nich komitet powitalny, Elryk był już spokojniejszy, mniej przy tym wylewny, świadom kłamstw, hipokryzji i oszustw, z którymi przyjdzie mu się zaraz zetknąć. Uśmiechał się wprawdzie, ale nie kryła się za tym gryma-sem żadna wesołość.
— Witamy, witamy — zakrzyknął gość w zieleni z małą, spiczastą bródką
i w kapeluszu tak pokaźnym, jak uniesiony na chwilę pokrowiec skrywający normalnie nie tylko głowę osobnika, ale i z pół jego postaci. — W imnieniu mędłców Tłollon i mieszczan jego, witamy was z eee uuu ładością. Lub też, płostą mową rzecz wyłażając, miejcie nas wszystkich od tej chwili za błaci swe i siostły. Nazywam się Filigwip Nant i łeżysełuję tu przedstawienie teatłalne. . . — Gdy ciągnął
tak dalej mowę powitalną, przedstawiając po kolei całą grupę ludzi o dziwnie brzmiących imionach, dziwnej mowie i osobliwej cerze, Wheldrake zdawał sobie coraz lepiej coś przypominać. . .
— Zupełnie, jakbym widział Stowarzyszenie Miłośników Sztuk Pięknych
w Putney — mruknął. — Albo gorzej jeszcze, Kółko Poetyckie z Surbiton. Zdarzyło mi się, niezbyt chętnie zresztą, spotkać i jednych, i drugich. I nie tylko ich. . .
Najgorszy, jak pamiętam, był tam niejaki Ilkey. . . — I mistrz zapadł w ponurą zadumę, a jego uśmiech stał się równie wymuszony, jak grymas księcia. W końcu jednak postanowił otworzyć dziób pomiędzy prowincjonalnymi wierszokletami
i zaczął deklamować coś tak grafomańskiego, że z miejsca zaroiło się wokół niego od pstrokato przystrojonych i wyperfumowanych wielbicieli. Zdobył wszystkich przebojem.
Część jego blasku spłynęła również automatycznie na Różę i Elryka. Tak, wioska była bogata i łaknęła wszystkich nowości.
— Wiecie, jesteśmy tu w Trollon dość kosmopolityczni. Podobnie jak więk-
szość wiosek diddikojim (cha, cha), tak i ta zamieszkała jest głównie przez przybyszy z zewnątrz. Ja też nie jestem stąd. Urodziłem się w innym wymiarze, w He-57
eshigrowinaaz dokładnie. Znacie może to miejsce?
Ubrana w misterną perukę kobieta w średnim wieku złapała Elryka za ramię.
— Jestem Parapha Foz. Mój mąż to Barraban Foz, rzecz jasna. Czy to nie
nudne?
— Mam wrażenie — powiedziała Róża, również otoczona wianuszkiem en-
Wątki
Powered by wordpress | Theme: simpletex | © Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.