Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.
Tu widziałam Dobro.
Jacek przytakując skłonił głowę. *** Tak ulubione przeze mnie boczne drogi i dróżki poprowadziły nas przez Pilec, Lembruk, Szestno, Wyszembork do Rynu. - Zatrzymajmy się tu i spłuczmy zimną colą przykre wspomnienia o niedalekim miejscu porażki. Jeszcze skarb Hasan-beja będzie nasz! - Allach jest wielki! - zaintonował Jacek. Weszliśmy w miły chłód restauracji “Podzamcze”. Sala była pustawa. Moją uwagę zwrócił starszy pan przy stoliku pod oknem. Długie białe włosy kontrastowały z mocną opalenizną. Obok niego stał oparty o krzesło załadowany “z czubem” plecak ze stelażem i okuta laska. Z miłym zdziwieniem dostrzegłem leżące ma stoliku “Wiadomości Archeologiczne”, w których lekturze zaraz się pogrążył. Rozmawiając z Zośką i Jackiem o wrażeniach z ich pierwszych w życiu odwiedzin Gierłoży i Świętej Lipki nie mogłem się powstrzymać, by od czasu do czasu nie zerknąć w stronę starszego pana, ten dostrzegł to widocznie, bo uśmiechnął się, złożył periodyk i podszedł do naszego stolika. - Przepraszam najmocniej, ale usłyszałem, że mówią państwo o siedzibie Hitlera i przepięknym świętolipskim kościele. Nie byłbym historykiem, gdybym nie spróbował dołączyć do tak zajmującej, bo jakby dwubiegunowej, rozmowy. Państwo pozwolą: Aleksander Kobiatko, emerytowany nauczyciel historii z Olkusza... Czy mógłbym się przysiąść? Oczywiście zaprosiliśmy pana Kobiatko. Bez widocznego wysiłku dźwignął ciężki plecak i już siedział przy nas. Dowiedzieliśmy się, że od lat działa jako społeczny opiekun zabytków na swoim terenie. Jeden zaś miesiąc w roku poświęca na wędrówkę po wybranym regionie kraju: - Żeby sprawdzić, jak się tam mają zabytki. Gdy zobaczę coś podejrzanego dla oka historyka, piszę natychmiast raport do Ministerstwa Kultury i Sztuki. Czyli jestem swego rodzaju donosicielem. I wiedzą państwo? Ministerstwo bardzo rzadko prześle dwuzdaniowe podziękowanie. Ani słowa o tym, czy rzeczywiście zainteresowało się przyczyną mego alarmu i czy podjęło jakieś działania! Schyliłem głowę, ciesząc się w duchu, że przy prezentacji nie podałem miejsca pracy. Ale też obiecałem sobie pogadać z Marczakiem na temat traktowania społecznych opiekunów zabytków. Niech on z kolei natrze uszu dyrektorom stosownych departamentów. - W tym roku przyszła kolej na Mazury - ciągnął dalej Kobiatko - i muszę przyznać, że gdyby nie troska o popadający w coraz większą ruinę pałac w Sztynorcie... Coś nie wyszło ponoć z tym Austriakiem, który miał go kupić i odremontować. 43 - Sztynort... - powtórzyła w zamyśleniu Zośka - piękna nazwa. - I jeszcze piękniejszy pałac - Kobiatko z ożywieniem założył włosy za uszy. - Siedziba rodu Lehndorfów (niegdyś Mgowskich). Ostatni właściciel Sztynortu został zabity za udział w spisku na życie Hitlera. - Popłyniemy tam, gdy tylko skończymy naszą sprawę - wtrąciłem. - Chętnie pospaceruję po sztynorckim parku. Gdy myślę, że drzewa, które mijam - dęby, buki - sadzono około 1600 roku, kiedy budowano pałac, to tak jakby czas się zatrzymał! Pomyślcie: rok 1600. Za pięćdziesiąt sześć lat spalą Sztynort Tatarzy Gosiewskiego. Może jednym z nich był Hasan-bej? - O? - zainteresował się białowłosy opiekun zabytków. - Ciekawi państwa najazd Tatarów na Prusy Książęce? - Ot - dałem znak moim, by milczeli - szukamy prawdy o pana Kmicicowych Tatarach. - Rozumiem - uśmiechnął się Kobiatko. - też tą drogą próbowałem dojść do umysłów i serc moich uczniów... Przez fikcję do prawdy! - Proszę pana - Jacek wskazał podłużny wąski przedmiot wystający z plecaka emerytowanego nauczyciela. - Jest pan tylko historykiem - zaśmiał się - czy też i poszukiwaczem skarbów? To chyba wykrywacz metali? - Zgadłeś chłopcze! - uśmiechnął się również Kobiatko. - To Penetrator firmy “Armand” z Pruszkowa. W pełni zautomatyzowany, posiada także eliminator drobnych przedmiotów metalowych o powierzchni mniejszej od kapsla. Noszę go ze sobą, by tu i tam ,,zajrzeć” pod ziemię. A nuż coś znajdę? Wzbogacę jakieś muzeum? Przecież w porównaniu z muzeami innych krajów Europy nasze są takie biedne... - A czy mógłbym?... - zapytał nieśmiało chłopak. - Chciałem poprosić pana Pawła, ale tak jakoś zeszło... - spojrzał w moją stronę. - Zresztą wykrywacz, który pożyczył panu Pawłowi jego znajomy, nazywa się jakoś inaczej, choć jest tej samej firmy, co sprzęt pana Kobiatko, tylko bardziej skomplikowany. - Masz zapewne na myśli Prospektor. O to cacko dla profesjonalistów! Posiada “dyskryminator” eliminujący metalowe sieci. Monetę wykrywa pod ziemią na głębokości 25 centymetrów, a coś większego, na przykład hełm, na poziomie 70 centymetrów. Proszę, skorzystaj chociaż z mojego przyrządu! Zadowolony Jacek wybiegł z restauracji z wykrywaczem pod pachą. Nie zdążyliśmy pogrążyć się z panem Aleksandrem na dobre w rozmowie o dwunastu naturalnej wielkości apostołach ze złota, ukrytych ponoć przez Radziwiłłów w Nieświeżu oraz planowanym na koniec sierpnia zlocie poszukiwaczy skarbów w Górowie Iławeckim, gdy mój siostrzeniec był już z powrotem z rozwichrzonym włosem: - Wujku, kluczyki! - Wykryłeś tym aparatem Rosynanta? - Bez żartów, wujku! Potrzebuję saperki! Mam coś! Dziesięć kroków na południe od zachodniej wieży!
|
Wątki
|