Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.
Peryferie Isla Vista i Goleta były zaniedbane jak przedmieścia każdego wielkiego miasta.
Wyobraziłem sobie Andreasa de Boscha przemierzającego State w poszukiwaniu robotników. Jego córkę – słuchającą i śmiejącą się z rasistowskich uwag ojca. Cabrillo biegło dalej pod górę. Przechodnie zniknęli. Dostrzegłem bezmiar oceanu. Jachty utknęły na wodzie i czekały na ostrzejszy powiew wiatru. Na linii horyzontu zauważyłem płaskodenne łodzie rybackie, nieruchome jak modele artysty. Ulica zakręcała i łączyła się z Shoreline. Zacząłem sprawdzać numery poszczególnych rezydencji. Większość budynków wzniesiono w latach pięćdziesiątych. Kilka z nich znajdowało się w renowacji. Pamiętam tę okolicę pięknie ukwieconą. Obecnie mnóstwo roślin zniknęło. Te, które zostały, wyglądały na nie pielęgnowane. Susza odcisnęła piętno na tym oblewanym słoną wodą miasteczku. Najbardziej ucierpiały trawniki. Większość umarła lub wymierała. Kilka z nich było jaskrawozielone. Przesadnie zielone. Ktoś wykorzystał sporą porcję farby. Dotarłem do posiadłości Katariny, rezydencji ewidentnie starszej niż pozostałe w sąsiedztwie. Była to mała, błękitna, wiejska chata, wzniesiona w angielskim stylu z dwiema wieżyczkami i płaskim dachem wymagającym naprawy. Lingustrowy płot otaczał teren. To co kiedyś było różanym ogrodem, teraz stanowiło kolekcję wyschniętych badyli. Staromodna furtka zdobiła wylany asfaltem podjazd, ale kiedy podjechałem, zauważyłem, że nie była domknięta. Wysiadłem z auta i wszedłem pchnąwszy bramkę. Stary, popękany asfalt prowadził do wrót garażu, pod którymi stał niewielki japoński samochód. We wszystkich oknach pozaciągano rolety. Frontowe drzwi zdobiła dębowa boazeria. Poniżej kołatki w kształcie lwiego łba zauważyłem naklejkę SĄSIEDZIE, OBSERWUJ TEREN. Tuż obok wisiała kolejna, informująca o zainstalowanym systemie alarmowym. Użyłem dzwonka. Poczekałem. Zadzwoniłem raz jeszcze. Wykorzystałem lwią kołatkę. Nic. Nie było nikogo w domu. Słyszałem szmer oceanu. Obszedłem chatę mijając biały samochód i garaż z uchylonymi do połowy drzwiami. Podwórze było dwukrotnie większe od frontowej parceli. Granice z sąsiadującymi działkami wyznaczały grube pnie martwych cytrusów i avokado. Grunt obrastały bezkształtne formy pozbawionych życia krzaków. Nawet chwasty walczyły o przetrwanie. Panującą suszę przetrzymały tylko gigantyczne sosny rosnące w tyle podwórza; ich korzenie sięgały dostatecznie głęboko, by uzyskać wystarczającą ilość wody. Przez ich korony prześwitywał szary lakier oceanu. Posiadłość znajdowała się co najmniej trzysta metrów nad poziomem morza, ale szum wody był w stanie zagłuszyć wszelkie inne dźwięki. Obejrzałem tył domu. Zauważyłem zaryglowane drzwi i pozaciągane kotary. Nie opodal urwiska stał drewniany stół i dwa krzesła. Całość zszarzała ze starości. Połowa blatu zakryta była obrusem, na którym stały filiżanka, spodek i talerz. Podszedłem do stołu. Resztki kawy w filiżance, okruchy na talerzu i pomarańczowa plama, która wyglądała jak skostniała marmolada. Ocean zawył, a morskie ptaki wrzasnęły w odzewie. Stanąłem na krawędzi urwiska, w miejscu gdzie Katarina fotografowała swego ojca. Suche, gliniaste podłoże. Żadnego płotu ani ogrodzenia. Spojrzałem w dół i doznałem lekkiego zawrotu głowy. Kiedy minął, popatrzyłem raz jeszcze na skalistą plażę głęboko pode mną. Ponownie usłyszałem wrzask mew. Ten głos orzeźwił mnie i przypomniał o misji do spełnienia. Kawa i okruszki oznaczały, że Katarina była w mieście. Prawdopodobnie wyszła za sprawunkami. Mogłem tu czekać, ale sensowniejszą rzeczą wydawało się zadzwonienie do Milo i powiadomienie go o zebranych informacjach. Zabrałem się do opuszczenia posesji. Przechodząc obok garażu dostrzegłem tył innego samochodu, zaparkowanego przed białym sedanem. Był większy i ciemniejszy – czarny. Zobaczyłem charakterystyczne pionowe reflektory buicka elektry. Tego samego auta, które widziałem przed szpitalem w siedemdziesiątym dziewiątym. Coś leżało tuż przy tylnej oponie. Palce. Białe i chude. Ręka z rumianym wypryskiem. Nie, jakiś inny rodzaj plamy. Ciemniejszy od wyprysku.
|
WÄ…tki
|