Przy drugim oknie usadowił się Pirnero...

Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.
Trzymał książkę w ręku, nie czytał jednak, tylko patrzył na zachodzące słońce. I on się zmienił. Wyłysiał trochę, na czole pojawiły się zmarszczki, usta miał mocno zaciśnięte, a wzrok ponury.
W izbie panowała niemiła cisza; ani córka, ani ojciec nie spieszyli się, by ją przerwać.
Wreszcie stary chrząknął.
— Hm, podła pogoda. Rezedilla nie odpowiedziała.
— Bardzo podła pogoda! — powtórzył po chwili. Milczała nadal.
— No?! — zawołał ze złością.
— Co, ojcze?
— Podła pogoda.
— Przeciwnie, jest bardzo ładnie.
Odwrócił głowę, spojrzał na dziewczynę ze zdumieniem, jak gdyby powiedziała coś niepokojącego i mruknął:
— Co? Jak? Ładnie?
— Oczywiście, popatrz tylko.
— Patrzyłem przez cały dzień, ale nic ładnego nie zauważyłem. Świeci słońce, zielenią się drzewa i krzaki, płynie rzeka, od czasu do czasu słychać śpiew ptaków. A i wokół nas kilka niebrzydkich domów. To prawda. Ale ludzi nie widzę. Nikt nie przychodzi do gospody, nie pije julepu, nikt nic nie kupuje, nie ma z kim pogadać ani ubić interesu.
— Ach tak! Jeśli o to chodzi, masz rację. Już dawno nie było u nas nikogo — Rezedilla wyraźnie zmarkotniała.
— No właśnie. Nawet… zięcia.
Ostro spojrzał na córkę. Pochyliła głowę, na twarzy jej wystąpił lekki rumieniec.
— I co ty na to? Jak jeszcze długo mam czekać na zięcia? Rezedilla westchnęła głęboko. Pirnero był coraz bardziej napastliwy.
— Czy ty w ogóle nie masz rozumu? — zawołał. — Pamiętasz, ile wysiłku kosztowały mnie starania o zięcia?
— Tak — powiedziała, nie chcąc pogarszać jego humoru.
— Był tu Mały Andre. Przystojny, miły kawaler. Chłop w sam raz. Browarnik, miał pełne worki nuggetów. Potem zjawił się następny.
Udawała, że nie wie o kogo chodzi. Rozzłościł się jeszcze bardziej:
— No, odezwij się wreszcie! Czyżbyś zaniemówiła?
— Kto ci przychodzi do głowy?
— No, tak! Człowiek się męczy, aby zdobyć zięcia, a ona nie zna nawet swych adoratorów! Myślę o Amerykaninie, który przypłynął tu czółnem.
— O Sępim Dziobie?
— Tak. To przecież traper, w dodatku wysłannik lorda. Nie miałabyś zgryzoty z powodu jego nosa, odziedziczyłyby go tylko córki, a nie synowie, córki bowiem dziedziczą cechy ojca, synowie zaś podobni są zwykle do matek. Potem zjawił się trzeci.
Pochyliła głowę jeszcze niżej.
— No — mruknął. — Zjawił się trzeci…
— Myślisz o Gerardzie? — rumieniec znikł z jej policzków.
— Tak, ten był najsympatyczniejszy.
— I ja tak uważam — szepnęła drżącym głosem.
— Do licha! Sławny człowiek. Dzielny, mocny, przystojny, przy tym łagodny jak dziecko, skromny jak baranek. I bogaty! Ta kolba ze złota. Pamiętasz, jak odkroił kawałek?
— Byłam przy tym.
— A jak pozabijał tych Francuzów, mimo że sam był na pół żywy? Biedak. Tak długo walczył ze śmiercią. Ledwo wyszedł z tego, co?
— O tak, ojcze!
— Znowu miałem nadzieję. Wiesz, co zacząłem wtedy sobie wyobrażać?
— No?
— Że poprosi o twoją rękę. Rezedilla milczała.
— Albo że przynajmniej wyzna ci miłość. Znowu odpowiedziała mu cisza.
— No i co? — nalegał. — Nie doszło do tego?
— Nie.
— Nie pocałował cię ani w rękę, ani… w usta?
— Nie.
— A może cię uszczypnął w ramię lub w ucho?
— Także nie.
— Do kroćset! Nie ścisnął nawet mocniej twojej dłoni?
— Owszem, gdy odchodził.
— Wtedy już było za późno. Jak ja zabiegałem o twoją matkę, gdy ją poznałem! Do dzisiaj tego zapomnieć nie mogę! Lepiej znaliśmy się na miłości niż wy młodzi! Z Gerarda chłop morowy, a jednak… Mój Boże, ale byłby zięć z niego! Nie mówił ci, dokąd się wybiera?
— Mówił.
— Co?! Tobie powiedział, a mnie nie? Do licha! Wypraszam sobie tajemnice w moim domu! Nie pozwolę, aby cokolwiek działo się poza moimi plecami! Dlaczego nie wyjawiłaś mi tego?
— Prosił mnie o dyskrecję.
— Do diabła! Macie tajemnice przede mną?! Tak się nie godzi córce i zięciowi! Muszę wiedzieć o wszystkim, co ciebie dotyczy, nawet o liczbie pocałunków na godzinę! To konieczne, abym porównał małżeństwo córki ze swoim własnym. Mówże więc!
— Ojcze, chciałam dochować mu słowa, ale chwila jego powrotu minęła i zaczynam się obawiać…
— Zaczynasz się obawiać? A to czego?
— Był przecież taki słaby, kiedy odjeżdżał…
— Na litość boską, o co chodzi!?
— Miał zamiar… Chciał… O mój Boże!…
Przerwała w środku zdania. Blada jak chusta, zerwała się z krzesła i utkwiwszy wzrok w oknie, ręce przycisnęła mocno do serca.
— Co się stało?! — Pirnero wychylił się przez okno i ujrzał jeźdźca, jadącego wolno po stromej ulicy. Za jeźdźcem szły cztery muły obładowane towarem. — Do kroćset bomb i kartaczy, to przecież on! — wykrzyknął i wybiegł z gospody.
Rezedilla opuściła ręce, a po chwili podniosła je znowu do oczu i rozpłakała się.
— To on, to on! — szlochała. — Bogu niech będą dzięki! Ale takiej nie może mnie zobaczyć! Muszę się uspokoić!
Szybko wybiegła z izby i w oka mgnieniu znalazła się na górze w swoim pokoju.
Pirnero wyszedł przed gospodę na powitanie gościa.
Wątki
Powered by wordpress | Theme: simpletex | © Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.