Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.
a dlaczegoż to ty nie pijesz, bracie nasz? – pytali siedzący za kontuarem bracia moi i źli byli, i duch Wieniedikta Jerofiejewa unosił się nad ich głowami, i ich bezwolne języki mówiły jego językiem, i ja zapisywałem kilka linijek pod jego wpływem i, oddawszy cześć, wyzwalałem się spod jego wpływu. Pomiędzy najzręczniejszą nawet literaturą a porywczą prostotą własnej trwogi nie ma bowiem wyboru. Czemuż nie pijesz, bracie nasz? – pytali siedzący za kontuarem. – Nie piję – odpowiadałem, bo nie mam chęci, bo mi nie smakuje, nie potrzebuję żadnych sztucznych podniet, świetnie sobie radzę bez alkoholu. Tak odpowiadałem i prawda to była, tyle że do czasu. Do czasu, aż wybiła godzina tryumfalnego klina. Do czasu, aż zajrzałem w paszczę fundamentalnej flaszce. Opowiem o tym, gdy przyjdzie czas opowieści o tryumfalnym klinie, fundamentalnej butelce i wciąż jeszcze nie wypitej szklance ciężkiego jak wieko napitku. Na nieruchomej powierzchni wbita w plasterek cytryny wiruje maleńka czarna parasolka.
3. Doktor Granada.–Wie pan, panie J.. jestem absolutnie pewien, że ani jeden z kilkudziesięciu leżących teraz na moim oddziale orłów oraz ani jedna z kilku orlic nie wzbije się już w powietrze. Nikt z was nie wyzdrowieje, nikt z was nie przestanie pić. Ani dzielący z panem pokój Kolumb Odkrywca, ani Szymon Sama Dobroć, ani Don Juan Ziobro, ani Król Cukru, ani Przodownik Pracy Socjalistycznej, którego żywy trup nie dalej jak wczoraj znów zawitał w nasze progi, ani Najbardziej Poszukiwany Terrorysta Świata, ani Królowa Kentu, ani Fanny Kapelmeister, ani Joanna, ani Marianna, nikt z was z pewnością nie przestanie pić. O wyliczonym przeze mnie czcigodnym areopagu szkoda zresztą w ogóle gadać. W końcu i debiutanci są tu bez szans, ale też nawet ci, co przybyli do mnie po raz pierwszy, nie są już debiutantami, to przeważnie twórcy bardzo zaawansowani, prawdziwym debiutantom, co teraz na osiedlowym skwerku odkręcają pierwszą flaszkę, nawet do głowy nie przychodzi, że zostaną kiedyś zasłużonymi klasykami. Doktor Granada spoglądał na świat jednym okiem, drugie (a może pierwsze? Które oko jest pierwsze, a które drugie? Oto klasyczny przykład kwestii pijackiej; nader subtelnie można jej wszelakich aspektów, popijając, dociekać), drugie, a może pierwsze oko doktora zarosło bielmem, dolegliwość raczej powierzchowna i łatwa do usunięcia przez kolegę chirurga, doktor czynił jednak słusznie, nie tylko nie likwidując, ale wręcz kultywując swą jednooczność. Przydawała mu ona przywódczej charyzmy, w naszych dziurawych mózgach odżywały reminiscencje przeczytanych w dzieciństwie książek o piratach, pielęgniarki na cyklopizm ordynatora reagowały omdlewająco, dawno zauważyłem, że dobitna asymetria męskiej anatomii wzmaga w kobietach powłóczystą przychylność; nie da się wszakże rozsupłać węzła tej perwersji bez pijackich hipotez, na razie zostawiam to na boku. Doktor Granada przypominał mi doktora Swobodziczkę z Wisły, ten sam zapach archaicznej wody kolońskiej, podobna powierzchowność, uchwytna analogia brawurowych nazwisk, podobny wyniosły (“z wysoka mówię do was”) stosunek do świata, podobny, a może nawet identycznie huczący, tubalny głos, podobna skłonność do kwiecistych i zarazem dosadnych paradoksów, bliźniacza jednooczność. Ten ma lewe oko zarosłe białym kłączem, tamten w prawym oczodole nosił szklaną protezę. Majaczę, choć nie wiem, co to znaczy majaczyć. Mam straszliwą gorączkę, leżę w ogromnym jak transatlantyk łóżku moich rodziców, nocna lampka zapala się i gaśnie, jednooki doktor pochyla się nade mną. – Ale w nich jest jakaś ułuda, niektórzy przynajmniej z całych sił ulegają mocy własnych złudzeń – błękit w jedynym oku doktora Granady gęstnieje jak zamrożony Absolut. – Oni choć teraz wierzą, że nie będą więcej pić, są święcie przekonani, że nie wypiją już w życiu ani jednego kieliszka, obiecują to sobie uczciwie. Nie sprostają, rzecz jasna, szpony nałogu prędzej czy później zacisną się wokół spragnionych gardeł, teraz, po odtruciu, są abstynentami, powiedzmy quasiabstynentami, wiedzą niezbicie, że dobrze jest nie pić, i jak uchlawszy się na nowo nie umrą za pierwszym razem, to przynajmniej będą czas jakiś wspominać tę szpitalną czy nawet krótko poszpitalną trzeźwość. Będą się szamotać, będą się daremnie szamotać pomiędzy piciem a niepiciem, ale przynajmniej ta ich daremna szamotanina będzie znakiem jakiejś przegranej, bo przegranej, ale walki, znakiem jakiegoś ruchu. Dostaną baty, ale wyjdą na boisko, a pan, panie J.. już nie wychodzi na boisko. Pan jest nieruchomy, pan zastygł w butelce jak owad w bursztynie. Pan jest całkowicie wewnętrznie wypalony. Zgliszcza są w panu i są to lodowate zgliszcza. Pożar doszczętnie zgaszony przez ulewne deszcze. Niby pan tu siedzi w moim gabinecie, niby pan coś mówi, można by nawet chwilami odnieść mylne wrażenie, że mówi pan do rzeczy, ma pan jeszcze na sobie szpitalną piżamę, ale pana tak naprawdę już tu nie ma, pan już elegancko odziany w wyjściowe ubranie siedzi na wysokim stołku, pan już pije, panie J. Pod koniec tygodnia wyjdzie pan stąd w świetnej formie, napompowany witaminami, z jako tako uzupełnionym niedoborem magnezu, pokrzepiony substancjami krzepiącymi i ukojony środkami kojącymi, wyjdzie pan stąd na własnych nogach, bo postawiliśmy pana, już nie pamiętam który raz, na nogi, i gdzież pan skieruje swoje nieomylne kroki? Czyż muszę pytać? Czyż muszę mój głos trudzić pytajną intonacją? Uda się pan czem prędzej do najbliższej gospody albo do najbliższego sklepu monopolowego.
|
Wątki
|