- Mieszkasz w stajni? - zapytał Jonathan, schodząc z wozu...

Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.
- Dlaczego...
- Milcz, chłopcze - rzekł Alvah, popychając go do drzwi z darni.
Wiele lat wcześniej, kiedy Alvah i Żona przybyli do Kansas, wszędzie, jak okiem sięgnąć, rosła trawa. Nie było drzew, skał, gliny, żadnego budulca, a kilka jam w ziemi zajął już ktoś inny. Musieli więc sami zbudować darniowy szałas. Żona ciągnęła pług wyposażony w specjalne urządzenie. Alvah zerwał darń z akra ziemi, żeby wybudować chatę. Ściany zrobił z błotnych bloków. Każda ważyła pięćdziesiąt, może sto kilo i ustawił ją bez żadnych lewarów ani narzędzi. Dach był z topoli i darni. Alvah, Żona, dzieci, świnia, myszy, robale, grzyb i chwasty wyrastające z sufitu wszystko to żyło w tej szopie.
- Mieszkasz w domu z piachu, z małymi drzwiami? - zagadał ponownie Jonathan.
- Milcz!
Przez jedyne okienko wpadało tylko tyle światła, że w izbie panował półmrok, choć na zewnątrz świeciło jeszcze słońce. Żoncia była ogromna. Okutana w jakieś łachmany, pochylała się nad saganem wiszącym nad paleniskiem. Z garnka buchała para. Kiedy kobieta się odwróciła, Jonathan ujrzał w świetle czerwonych płomieni jej twarz jak bochen chleba.
- Ale duża kobieta! - pisnął Jonathan i zakrył dłonią usta;
kazano mu przecież milczeć.
- To ma być ten chłopak? - zapytała z irytacją w głosie Żoncia.
Z przodu wydawała się nawet większa niż z tyłu. Miała szerokie bary, ogromne piersi i potężne dłonie. Poruszała wielkimi kończynami, jakby wciąż ciągnęła pług. Sama rodziła dzieci. Sama wykopała groby dla tych, które przychodziły na świat martwe.
32
- Po co nam chłopak? - Ruchem ramion wyraziła swoją pretensję i znowu zajrzała do gara. - Lepiej było kupić cielę... albo świnię. - Wpadła w kłótliwy ton. Jonathan mocniej ścisnął rękę Alvaha.
- Puść! - powiedział Alvah.
Na środku izby stała drewniana skrzynia po jakimś towarze. Przewrócona do góry nogami, służyła za stół. Alvah usiadł na małej skrzynce znajdującej się obok stołu. Wziął gazetę, ustawił ją w stronę okna i zaczął czytać. Stare gazety, gnijące od wilgoci, pokrywały wszystkie ściany. W pomieszczeniu panował kwaśny odór. Z kąta izby wyszedł chłopak w wieku Jonathana.
- Jak się nazywa? - zapytał George Stoke, przyszły senator we własnej osobie. Z błyskiem w oku oglądał Jonathana, który był wyraźnie pod wrażeniem. Na zdjęciach George'a z dzieciństwa widać pulchnego, żywego chłopca z grubymi nogami i okrągłymi, lśniącymi, czarnymi oczami.
- Jak się nazywa? - powtórzył.
- Jonathan Carrick - odpowiedział Alvah. George okrążył Jonathana, bez ruchu czekającego na werdykt.
- Carrick, Darrick, Farrick! - rzekł w końcu George i uderzył Jonathana w nos.
Nawet w najbardziej anielskich maluchach rodzą się gwałtowne emocje. Tylko z powodu braku sił i umiejętności dzieci nie postępują w zgodzie z tym, co im dyktują uczucia. George nie należał do aniołków. Jego cios nie był zbyt silny, ale Jonathan, dzięki zwierzęcemu instynktowi, dostrzegł w nim prawdę o duszy George'a. Odwrócił się i ruszył biegiem w stronę drzwi.
Złapała go wyciągnięta ręka Alvaha.
- To nasz dom - wrzeszczał George. - Nie twój! Nasz!
- Jedzenie - oznajmiła Żoncia.
George wspiął się na jedną z małych skrzynek służących za taborety. Zza łóżka wyszli Alyoshus i Cathern. Cathem miała rude warkocze; Alyoshus był bardzo gruby. Żoncia rozłożyła gulasz na metalowe talerze, a rodzina natychmiast zjadła strawę. Jonathan patrzył na to w milczeniu.
- Co się stało? - sarknęła kobieta. Ochłap strawy wypadł jej z ust i poszybował w stronę Jonathana. - Nie smakuje mu?
- Jedz, chłopcze - odezwał się Alvah.
3 - Teoria wojny
33
W okamgnieniu Jonathan znowu stał przy drzwiach. Tym razem wrzeszczał i kopał, kiedy go od nich odciągali. Żoncia chwyciła chłopaka jedną dłonią za oba nadgarstki, drugą za kostki. Związała krnąbrnego malca linką. Kiedy nieśli swego niewolnika, tak wierzgał, że obijali się o ściany ciasnego pokoju.
- George, daj bat - rozkazał Alvah.
Po pierwszym ciosie ofiara znieruchomiała i spojrzała na Alvaha. Jonathan miał niedowierzanie w oczach, nawet kiedy mężczyzna zamachnął się po raz drugi. Po trzecim bacie zaczął płakać.
Alvah pokiwał głową i odłożył bat.
Następnego dnia, gdy Alvah z dziećmi poszli w pole, Jonathan biegł do drzwi, kiedy tylko Żoncia odwróciła wzrok. Walił pięściami w ściany. Zanim kobieta wyszła do roboty, wbiła w klepisko pal i uwiązała chłopca liną, której wolałaby użyć do palowania cielęcia. Jonathan był na uwięzi do końca tygodnia. Pił, ponieważ nie umiał wypluwać płynów, które wlewano mu siłą do gardła, ale nic nie jadł. Codziennie próbował zerwać powróz. Codziennie obrywał od Alvaha.
Pod koniec tygodnia - wszyscy pracowali wtedy w polu -Jonathan zdołał wyciągnąć pal z klepiska. Ścieżka przed domem znikała w trawie. Chłopiec zaczął uciekać, wlokąc za sobą pal na powrozie. Falująca na wietrze trawa przerastała Jonathana. Malec zgubił ścieżkę. Kiedy ją znalazł, rzucił się pędem i wkrótce stanął przed chatą, z której uciekł. Alvah czekał na niego z batem w ręku.
Następnego dnia zawiózł nieposłusznego parobka do sklepu Wikina.
- Opowiedz mu o jego matce - powiedział, sadzając związanego chłopca na kontuarze.
- Nie wiążcie chłopaka - oburzył się Benbow. Był niskim człowiekiem o wypukłej, ptasiej klatce piersiowej. - To wbrew przepisom.
- Jest mój. Tak czy nie?
- No tak, ale...
- Gadaj o jego matce.
- Wyjdź na chwilę - poprosił Benbow, ale Alvah stał bez ruchu. - Jak nie wyjdziesz, nic mu nie powiem.
- Chcę wrócić do domu - odezwał się chłopiec, kiedy Alvah zniknął.
34
- To nie takie proste - rzekł Benbow, rozwiązując Jonathana. - Właściwie nie znam twojej mamy. Przybyła do miasta sama na tydzień przed tym, jak ty poznałeś Alvaha. Nikt jej tu wcześniej nie widział. Nie wiem nawet, jak tu dojechała. Nie miała konia ani wozu. Zjawiła się znikąd.
- Gdzie się podziała?
Benbow schylił się, żeby rozwiązać chłopcu nogi.
- Spędziłeś u Alvaha już ponad tydzień, prawda? Chyba się nie orientowała, co cię czeka. Nie wiem nawet... - Urwał i pogłaskał malca po głowie.
- Gdzie ona jest, proszę pana?
- Widzisz... nie mam nawet pewności, czy nazywała się Garnek. Nie wiem, czy ty się tak nazywasz. Coś mi się wydaje, że wymyślili to nazwisko. Niebrzydkie; tak też cię zapisałem, ale... - znowu przerwał.
- Gdzie on jest?
- Kto? Alvah?
- Nie. Ten człowiek - nalegał Jonathan.
- Twój ojciec? Jeśli był twoim ojcem. Nie wiem. Widziałem go tylko raz, kiedy cię tu przyprowadził. Pewnie pojechał na zachód. Jak większość mężczyzn.
- Gdzie moja mama? Gdzie?
- No właśnie, chłopcze. Jak mogę znaleźć twoich bliskich, skoro nie wiesz, jak się nazywasz.
Powered by wordpress | Theme: simpletex | © Jak ciÄ™ zĹ‚apiÄ…, to znaczy, ĹĽe oszukiwaĹ‚eĹ›. Jak nie, to znaczy, ĹĽe posĹ‚uĹĽyĹ‚eĹ› siÄ™ odpowiedniÄ… taktykÄ….