— Nie bądź tak krytycznie nastawiona! — skarciła ją Joanna...

Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.

Drzwi otworzyły się i przez brudną szybę drzwi burzowych przyjaciółki dostrzegły dość tęgą kobietę w podomce, trzymającą na rękach dziecko z szopą ciemnych włosów. Gdy także drzwi burzowe zostały otwarte i obie postacie ukazały im się w całej okazałości, dziewczynom ze zgrozy zaparło dech w piersiach. Deborah zrobiła krok w tył i zachwiała się na swych wysokich obcasach. Upadłaby, gdyby w porę nie złapała się poręczy.
 
Paul Saunders miał na głowie ważniejsze sprawy niż spotkanie z Kurtem Hermannem. Musiał nawet odłożyć sekcję urodzonych przez maciorę noworodków, którą miał zamiar wykonać z Gregiem Lynchem w prosektorium na farmie. Ale Kurt oświadczył, że muszą porozmawiać natychmiast, i Paul niechętnie ustąpił, tym bardziej że szef ochrony nalegał, by spotkali się z dala od obcych uszu, w wartowni. Paul wiedział, że to oznacza kłopoty, ale nie przejmował się tym. Wierzył w zdolności i dyskrecję Kurta, za które płacono mu ciężkie pieniądze... potwornie ciężkie pieniądze!
Kiedy zbliżył się do przysadzistej budowli, pomyślał o swej ostatniej wizycie w jej murach. Było to dobrze ponad rok temu, gdy zdarzył się ten nieszczęsny wypadek podczas zabiegu. Pamiętał jeszcze, jak sprawnie i z jaką zimną krwią Kurt opanował wtedy sytuację, i to wspomnienie również było jednym ze źródeł obecnego spokoju Paula.
Przy drzwiach strząsnął błoto, które przykleiło mu się do butów podczas spaceru przez wilgotny trawnik, wciąż jeszcze dochodzący do siebie po śnieżnej zimie. Paul wszedł do środka i zastał szefa ochrony siedzącego przy biurku w ascetycznie urządzonym gabinecie. Przysunął sobie krzesło i usiadł.
— Mamy poważny problem — oświadczył Kurt ze zwykłym opanowaniem. Opierał łokcie na blacie biurka, splatając w powietrzu dłonie. Dla podkreślenia swych słów wycelował w Paula spiczaste palce wskazujące, ale poza tym nie było w jego postawie żadnego śladu wzburzenia ani paniki.
— Słucham — odparł Paul.
— Wczoraj przyjęto do pracy dwie nowe osoby — powiedział Kurt. — Niejaką Georginę Marks i Prudence Heatherly. Zakładam, że rozmawiał pan z nimi, jak to ma pan w zwyczaju.
— Oczywiście — przyznał Paul. Oczyma wyobraźni zobaczył przed sobą Georginę i jej krągłe ciało.
— Przeprowadziłem małe śledztwo. One nie są osobami, za które się podają.
— Co to znaczy?
— Użyły fałszywych nazwisk — wyjaśnił Kurt. — Georgina Marks i Prudence Heatherly istotnie były mieszkankami Bostonu, ale obie od niedawna nie żyją.
Paul przełknął ślinę. Nagle zaschło mu w ustach.
— Kim one są? — zapytał. Odchrząknął. — Czy coś już wiadomo?
— Znamy nazwisko jednej z nich — odparł Kurt. — To Deborah Cochrane. Samochód, którym jeżdżą, jest zarejestrowany na nią. Drugie nazwisko jest jak na razie nieznane, ale to się wkrótce zmieni. Adres, który podały, jest fałszywy, ale mamy prawdziwy adres, przynajmniej jeśli chodzi o Deborah Cochrane, a przypuszczam, że okaże się on właściwy dla nich obu.
— Gratuluję szybkiego działania — powiedział Paul.
— Wydaje mi się, że gratulacje są na razie przedwczesne — stwierdził Kurt. — Jest coś jeszcze.
— Słucham więc — odparł Paul. Poruszył się niespokojnie. Przez chwilę przeraził się, że Kurt, przy wszystkich swych zdolnościach, mógł dowiedzieć się również o jego nieudanej próbie umówienia się z rzekomą Georgina na kolację.
— Randy Porter odkrył, że kobiecie podającej się za Prudence Heatherly udało się otworzyć i wydrukować jeden z pańskich zastrzeżonych plików. To plik o nazwie Dawczynie.
— Dobry Boże! — wyrwało się Paulowi. — Jak to możliwe? Ten komputerowy palant zapewniał mnie, że moje pliki są bezpieczne.
— Nie znam się na komputerach tak, jak powinienem — przyznał Kurt. — Ale Randy dał mi do zrozumienia, że pomógł jej w tym doktor Wingate, którego, jak sądzę, uwiodła.
Paul o mało nie spadł z krzesła. Wiedział, że Spencer jest niezadowolony, ale tego było już za wiele.
— W jaki sposób jej pomógł?
— Dodał jej nazwisko do listy użytkowników — odparł Kurt. — Musiałem nieomal siłą wyciągać z Randy’ego tę informację, ale tak właśnie powiedział.
— W porządku — warknął Paul, czując, jak policzki nabiegają mu krwią. — Porozmawiam ze Spencerem i wysłucham, co ma na ten temat do powiedzenia, chociaż być może tu też będę potrzebował pana pomocy. Pan niech tymczasem zajmie się dziewczynami i załatwi sprawę tak sumiennie jak wtedy, gdy mieliśmy ten niefortunny zgon na stole operacyjnym, jeśli rozumie pan, co mam na myśli. Nie życzę sobie, żeby te dziewczyny wydostały się stąd o własnych siłach, a najlepiej, żeby nie wydostały się stąd w ogóle. I chcę mieć ten wydruk! — Przy ostatnich słowach praktycznie wrzeszczał.
— Niestety, dziewczyn już tu nie ma — powiedział Kurt, zachowując spokój mimo wzrastającego podniecenia Paula. — Gdy tylko dowiedziałem się o tym wszystkim, próbowałem je odnaleźć i zatrzymać. Najwyraźniej natychmiast po zrobieniu wydruku opuściły klinikę.
Wątki
Powered by wordpress | Theme: simpletex | © Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.