Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.
Stawy miał zesztywniałe, a mięśnie napięte. Musiał je rozciągać i masować przez cały czas, aby pozbyć się nawracających skurczy. Był tak wyczerpany, że nie zważając na ziejące ogniem lufy chińskich karabinów, poruszał się wolno jak stary człowiek. Upadł na kolana, a potem na brzuch zupełnie bezwładnie. Zdjął plecak i pociągnął go do przodu. Kule gwizdały dookoła, ale Harold nie zwracał na to uwagi. Niczym w transie ustawił ciężki karabin maszynowy, wycelował w jasne ogniki wystrzałów i puścił serię pocisków w ich kierunku. Przez ten czas żołnierze z granatami czołgali się w kierunku chińskich pozycji. Karabin Harolda przydusił Chińczyków do ziemi, a Amerykanie cisnęli w nich granatami. Ogniki z luf chińskich karabinów zaczęły powoli znikać.
Harold znowu zapadł w niebyt, dopóki nie usłyszał sygnału, że droga jest czysta, ale po chwili okazało się, że dowódca drużyny kopie go i popycha, wściekłym szeptem nakazując, żeby się ocknął. Podpierany przez kolegów z drużyny, Harold wstał i ponownie przytroczył do ramion M-60. Odbył wyczerpujący marsz w kierunku kolejnych chińskich pozycji, przedzierając się w ciemności przez gęsty las. Im dalej szli, tym mocniejsza była obrona nieprzyjaciela i częstsze zasadzki, tym liczniejsi obrońcy. Już nie zawracali sobie głowy bezsensem swojego zadania. Nie zastanawiali się, czy woleliby oskrzydlać nieprzyjaciela, czy posuwać się do przodu wygodną, płaską drogą prosto na gniazda karabinów maszynowych. Po dziewięciu godzinach bezustannej walki umysły mieli kompletnie puste. Przestało im zależeć na czymkolwiek lub kimkolwiek. Harold wszedł prosto na drzewo. Zdziwił się, kiedy hełm spadł mu na nos, ale obudziło go to. Podbiegł parę kroków, aby dołączyć do rzadkiej tyraliery swoich kolegów, a ten drobny wysiłek pożarł ostatki energii. Zaczął się trząść jak w ataku epilepsji. Drgawki spowodowało nie zmęczenie mięśni, ale ogólne wyczerpanie organizmu. - Nie mogę iść dalej - wymamrotał, mając nadzieję, że ktoś go usłyszy. Ale cienie postaci idących obok nie dały znaku, że słyszą jego narzekania. Sunęli w kierunku nieprzyjaciela jak żywe trupy. Szli tak do przodu już całe godziny, nie mając pojęcia, co ich tam czeka. Mogli wdepnąć prosto w gówno. Najgorsze jednak było to, że gdzieś się podziała wściekłość Harolda. Została tylko rezygnacja na myśl o możliwej śmierci. Nie obchodziło go nic poza jednym - aby się ten marsz jak najszybciej zakończył, w ten czy inny sposób. Gdzieś z przodu było słychać komendy wydawane po chińsku. Harold upadł na kolana i przewrócił się na brzuch. Poczuł przeszywający ból, gdy amerykańskie i chińskie karabiny zaczęły strzelać jednocześnie. Myślał, że został postrzelony, ale okazało się, że wylądował biodrem na własnej menażce. Przyciśnięty do ziemi wagą bagażu, ustawił znowu karabin i zaczaj zabijać. M-60 drgał mu w rękach, dopóki nie zużył ostatniego naboju z pasa amunicyjnego. Harold przykląkł i sięgnął po nowy pas. Nie złościło go, że musiał załadować karabin ani że pięćdziesięciokilowy ładunek przygniatał go do ziemi; ani to, że kule gwizdały mu tuż przy twarzy, ani że dookoła wybuchały granaty jeden po drugim. Zamiast tego przeklinał bezlitosne rozkazy parcia naprzód i drani, którzy je wydali. Kiedy zmęczone nogi żołnierzy zniosły ich kiedyś z trasy w kierunku drogi, którą mieli osłaniać, sukinsyn sierżant wrzasnął na nich: “Niedołężne tchórze! Co do jednego!”. Co za kutas, pomyślał Harold. Przeklinał swojego dowódcę drużyny za dotkliwe kopniaki wymierzane ciężkim butem, a sierżanta za wrzaski “Wstawać!”. Przeklinał lalusia, który dowodził plutonem, za jego patetyczne przeprosiny - zanim został zabity w zasadzce. Przeklinał wszystkich do samej góry, aż do generała Clarka włącznie. Chyba by go zastrzelił, gdyby zobaczył, że drań kogoś krzywdzi. Zamknął torbę, założył pas z nabojami i przycisnął policzek do broni. Ciężki karabin był cały rozpalony. Wycelował w ogniki wystrzałów i wcisnął spust. Było to jak gaszenie świeczek na torcie urodzinowym. Pod ogniem z M-60 świeczki znikały. Czasami, kiedy przenosił ostrzał na kolejny cel, znowu się pojawiały. Tak to wkurzało Harolda, że kierował długą serię dziesięciu lub piętnastu pocisków z powrotem w to samo miejsce. Prawie zawsze gasił ogniki - już się nie zapalały.
|
Wątki
|