Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.
Starło ono powagę z przystojnej twarzy młodego Krissa i uczyniło go bardziej ludzkim i pięknym.
- Mordechaju - powitał sąsiadów - to jest Arin, Estera, Elin, Magill i Kon. Żyłem wśród nich cały rok. To moi przyjaciele. Mordechaj, młody, mocno zbudowany mężczyzna, tak poważny jak Jakub, był rozradowany, przytulił do siebie syna. - Jakubie, czy to prawda, że wyruszymy na wojnę u boku tych ludzi? - Tak, jeśli zdecydują tak starsi. Mordechaj wyjął śnieżkę z ręki syna i upuścił ją do stóp Arina. - Z ludźmi, którzy nie znają codziennej pracy, którzy wygłupiają się na oczach dzieci? Magill skrzywił się i przeciągnął się leżąc na śniegu. - O... cholera. Arin uśmiechnął się szeroko do Mordechaja. - W naszym kraju ziemia jest życzliwa ludziom. Bardzo wcześnie uczymy się, iż radość jest niezbędna do życia, Podzielenie się nią z dziećmi jest tym, co nazwalibyście błogosławieństwem. - Wstał i podniósł głos, tak by wszyscy mój go słyszeć. - Na określenie wojny używamy terminu ,,odwołanie się do noża”. Wojna nie jest błogosławieństwem i, jeżeli możliwe, unikamy rozmowy o niej. To nieprzyjemna praca, którą trzeba szybko wykonać za pomocą najlepszych narzędzi jakie posiadamy. - Wyciągnął nóż z pochwy i podał go Mordechajowi. - Więc nazwaliśmy ją od tego. Od czarnego noża. Mordechaj trzymał nóż tak ostrożnie, jakby w każdej chwili mógł wybuchnąć. Na rękojeści wyryte były znaki Kręgu. - Jakie czary są na... au! Wypróbował lekko ostrze, zanim Arin zdążył go przestrzec. Jasna kropla krwi zabłysła na kciuku Krissa. Mordechaj upuścił nóż. - Nic nie zrobiłem, a to mnie skaleczyło. Jest zaczarowane! - Nie, Mordechaju! - roześmiał się Jakub, oddając nóż Arinowi. - Nie zaczarowane, zauroczone ani nic podobnego. Po prostu wykonane w pewien sposób. Ja sam me taki nóż. - Im ostrzejszy nóż, tym łatwiejsza krwawa praca - wyjaśnił Arin. - Wengenowie nauczyli się od Dżingów wytwarzać cienki pasek żelaza i wyostrzyć go, potem jeszcze jeden i jeszcze jeden, aż będzie ich pięć lub sześć, a potem skuwać je razem na gorąco. Pięć ostrzy w jednym. Nie mogliby tego robić bez waszego węgla, więc teraz widzisz, że wszyscy jesteśmy sobie potrzebni. Zwracał się do całego tłumu, wyczuwając ciekawość, z jaką Krissowie spoglądali na niego i na pozostałych Szandów, i zdumienie nieznanym, które wynikło z wymuszonej separacji wśród ludów. Uriasz i jego zamknięty krąg starszych trzymali się na uboczu. Arin zamierzał dziś - między innymi - przerzucić most przez dzielącą ich przepaść. Rozmawiając, obserwował ukradkiem drzwi Uriasza: prezbiter mógł wyjść w każdej chwili. Młody władca wziął od Kona swój łuk, a od Hary cugle. - To jest Sudżi - rzekł. Poklepał pstrokaty pysk klaczy. - Jest szybka jak strzała i równie szybko myśli. Doskonale Przystosowana do ruchu, i to wszystko. - Wskoczył na konia, jakby puste siodło było tylko złudzeniem, które rozwiał jego ruch. Kon, Magill, Hara. Jedźmy. Magill pojechał za Arinem do jednego końca placu, a Kon i Hara do drugiego. Kiedy Arin zawrócił, usłyszał bezgłośny szept Kona: Obserwuje nas. Młody władca stanął w siodle, machając na powitanie do czarno odzianej postaci. - Dzień dobry, prezbiterze. My tylko mówimy “cześć” twoim ludziom. Uriasz stał nieruchomo na schodach wiodących do kościoła, z każdej komórki jego ciała emanowała złowieszcza dezaprobata. - Widzę to - rzekł zimno, lecz nim zdążył powiedzieć coś więcej, czterech jeźdźców pomknęło prosto na niego, ze strzałami na cięciwach łuków. - Hej-ho! - zawołała Elin, podskakując z podniecenia. - Pędź, Sudżi! No, malutka, pędź, pędź, pędź! Jeźdźcy minęli się o włos, wypuszczając w pędzie strzały. cztery pociski z sykiem przebiły się przez porwaną koszulę bałwana i utkwiły w ścianie za nim. Uriasz zszedł ze stopni. Kiedy Szandowie zawrócili na przeciwległym końcu placu, Elin pobiegła szybko jak sarna i zatrzymała się między nimi. - Magillu, Arinie! - Wyciągnęła do nich ręce. - Dzik mnie zaraz dopadnie.
|
Wątki
|