X


- Jak się zowie twój koń? - spytał wreszcie Ibrahim...

Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.

- Zowie się Syn Strusia, przez co się wykłada, że wiatr przegoni w pustyni. Koń ten biegnie prędzej od śmierci, która mnie goniła niedawno, siedząc na samumie, a nie dognawszy gryzie w pustyni piasek z rozpaczy i targa brodę z gniewu. Ty mi jednak powiedz, co ci się należy za wodę, nie jestem bowiem dostojnik żaden, który nie płaci i wybija zęby!
Ibrahim ważył długo w myśli tę sprawę. potem rzecze:
- Jeśli łaska twoja jest mała jak pestka daktyla, tedy mi daj miedziany pieniądz, a bądź pewny, że cię nie będę klął i nie będę ci życzył, abyś złamał obie nogi lub się udławił baranią kością. Jeśli łaska twoja jest wielka jak meczet, tedy mi pozwól, abym za wodę przejechał się na twoim koniu od tej palmy aż do tamtej opodal, która uschła, gdyż się na niej powiesił niedawno jeden mędrzec. Czemu się śmiejesz?
- Zdawało mi się bowiem, żeś jest rozsądny, ty zaś głupi jesteś jak strusie jajo. Chcesz, bym ci konia pozwolił? Ohe, ohe! Czy nie wiesz, że koń, krew w sobie mający szlachetną, jest siedmkroć razy uczciwszy od kobiety, która wspaniałego serca w sobie nie mając i nie bacząc na swego pana, wszelkiej zdrady się dopuści? Choćbym ci na jego grzbiecie siąść pozwolił, lepiej by ci było siąść na żelaznym garnku, w którym się żarzą węgle, dłużej byś bowiem na nim siedział. Ja ci jednak i tak nie pozwolę, abyś mi na nim nie uciekł, sam bowiem tego konia ukradłszy, wiem, jak łatwo się to czyni. Wtedy można go było dosiąść, dziś jednak koń ten, zrozumiawszy, kto jest jego prawowitym panem, wszystkie by ci połamał żebra, jeśliby ci ich nie połamał kawas w więzieniu.
To mówiąc zeskoczył z kulbaki i zawiódłszy konia ku polanie, uwiązał go przy niej, potem usiadłszy wygodnie, złośliwie patrzył na Ibrahima. Ten opuścił głowę na pierś, która, niezbyt wielki mając do dźwigania ciężar, oddychała szybko. Usiadł też na twardym podłożu nóg i milczał długo mniemając, że już nic nie ma do powiedzenia.
Tamten jednak zjadłszy niewiele daktyli, które żuł długo, potem zasię wypluwszy na dłoń, suszył je w słonecznej spiece i znowu żuć poczynał, długo nad czymś rozmyślał kiwając się roztropnie, jak czyni słoń, wielki mędrzec, przymykał skisłe oczy, potem je znowu szeroko otwierał, jak to czyni zdychający ze starości wielbłąd, potem zaś, nakarmiwszy żołądek i dawszy posiłek sercu, dziwną rozpoczął rozmowę z Ibrahimem.
- Jak się zowiesz? - zapytał go najpierw.
- Ibrahim, syn Jusuffa.
- Imię twoje jest piękne… Pozdrowienie tobie, Ibrahimie.
Ów się zdumiał.
- Czemu mnie pozdrawiasz teraz dopiero?
- Albowiem widzę, że nie jesteś chciwy na pieniądze i nie chciałeś ich za wodę. I roztropny jesteś, Ibrahimie, synu Jusuffa, który oby żył sto lat.
- Umarł już, czemu mu nie dajesz spokoju?
- Tedy gdyby żył, oby. żył trzy razy po sto lat. Widzisz sam, jak bardzo przypadłeś mi do serca; gdybym miał syna, chciałbym, aby do ciebie był podobny.
- Nie mów tego, musiałbym ci bowiem odrzec, że chciałbym, abyś był podobny do mego ojca, który leży w grobie.
- Bismillach! Twój ojciec jest w raju.
- Rzekłeś! Ojciec mój nie ukradł konia…
Tak to oni sobie mówili, jasnym było bowiem, że ów jeździec czeka na coś i tymczasem w wielkim wprawia się myśleniu i jakoby zaprawia język jak rycerz, co zanim na bitwę wyjedzie, długo krzywą szablą macha, głośno pokrzykując dla nadania męstwa swojemu sercu, które nie zna trwogi; roztropnym jednak będąc, wie, iż wszelka wrzawa wiele mu pomoże. Długa też minęła chwila, zanim ów rzekł:
- Ibrahimie, synu Jusuffa, żali tędy nie przejeżdżał na wielbłądzic Abdul Azis, przyjaciel mój i krewny, wielki jednakże złodziej i wuj szakala?
- Nie był tu nikt taki… Czemu pytasz?
- Albowiem jeśli nie był, tedy przyjedzie, ja zaś mam z nim sprawę i obawiam się, aby mnie nie napadł i nie obdarł, na wszystko się bowiem waży ten człowiek. Proszę cię tedy, Ibrahimie, abyś dawał baczenie i obronił mnie w razie potrzeby.
- Jaką z nim masz sprawę?
- Oto ten człowiek chce kupić ode mnie tego konia.
- Jak rzekłeś?
- Konia chce kupić ode mnie.
- Tego konia kupi kalif, kiedy się o nim dowie.
- Kalif mi nie zapłaci tego, co mi za niego chce dać Abdul Azis.
- Allach! Rozum ci się pomieszał…
- Czemu mnie krzywdzisz? Popatrz na mnie i wiedz, żebym ci mógł jednym uderzeniem pięści wybić oko i wytłuc trzy razy po dziesięć zębów, ale jestem łaskawy, albowiem widzę, że konia mego miłujesz.
- Więcej niż ciebie…
- Prorok ci za to ciężką i śmiertelną zapłaci chorobą, albo trądem, albo gniciem wątroby.
Teraz zaś słuchaj, albowiem zdaje mi się, że na krańcu pustyni widać dwa wielbłądy. To jedzie on, który oby nie dojechał. Wiesz, co mi chce dać za mego konia?
- Uszy moje szerokie są jak bramy Bagdadu…
- Chce mi dać swoją córkę. Oh!
Rzekłszy to przymknął skisło oczy i uśmiechnął się obleśnie, szeroko otworzywszy plugawy pysk, z którego wiele pociekło mu śliny na rzadką brodę, na znak, że dusza jego w wielkim jest zachwycie i widzi niebo.
Ibrahim zadumał się smutno i zdaje się głębokie w sobie ważył myśli, gdyż miał w oczach wielką troskę, która usiadła mu na twarzy pomiędzy oczyma jak zły, dziki ptak, co usiadł na drzewie i szponem drze korę. To jedno jednak było widać jasno, iż wielką dla swojego towarzysza czuje wzgardę i w dobrej swej duszy z końskim go porównywa nawozem.
Ów się w tej chwili obudził z zachwycenia i spostrzegłszy, że tamci są już niedaleko, zawołał cicho konia po imieniu, potem zaś podniósł się, uszedł kilka kroków i czekał, aż uczuł blisko szybki i świszczący oddech zdyszanych wielbłądów, podobny do owych westchnień, które wydaje z piersi stara i opasła niewiasta, nagłą żądzą jak płomień objęta. Wtedy chwycił wielbłądy za uździenice, mocno śmierdzące, przepojone bowiem były starym, stęchłym tłuszczem dla tym większej giętkości, i silnym ramieniem zmusił wielbłądy, aby sprawnie uklękły, co uczyniły, patrząc roztropnie i smutno, dwie bowiem są smutne rzeczy na świecie: dwoje oczu wielbłąda.
Powered by wordpress | Theme: simpletex | © Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.