- Hej tam, kapitanie! - zawołał Brian do właściciela statku...

Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.
- Skończyliśmy. Do Anglii!
 
 
Minęło okoÅ‚o półtora tygodnia, nim trzej towarzysze, wraz ze swoimi konnymi zbrojnymi i Å‚ucznikami, których liczba jakoÅ› wzrosÅ‚a w drodze powrotnej z Francji, ciÄ…g­nÄ…cymi za nimi dÅ‚ugim sznurem wzdÅ‚uż leÅ›nego traktu, zbliżyli siÄ™ ponownie do Malencontri.
W końcu byli już mniej niż milę od domu Jima, a pogoda pasowała tym razem do ich powrotu do domu. Był jasny, gorący dzień u schyłku sierpnia i cień leśnych drzew miły był wszystkim noszącym zbroje czy choćby ciężkie ochronne kaftany z garbowanej skóry, które preferowali łucznicy i niektórzy zbrojni.
Jim, Brian i Dafydd jechali pierś w pierś na czele oddziału. Aragh opuścił ich natychmiast po wylądowaniu, mówiąc, że zbyt wolno podróżują i nie ma zamiaru wlec się z nimi. Tymczasem wszelkie różnice rangi między trzema przyjaciółmi zatarły się, nie tylko pod wpływem tego, co wspólnie przeszli, ale i z powodu śmierci i morskiej przemiany sir Gilesa.
Å»aÅ‚ość Briana po Å›mierci rycerza byÅ‚a znacznie wiÄ™k­sza, niż spodziewaÅ‚ siÄ™ tego Jim; ale z drugiej strony on nigdy nie doceniaÅ‚ nagÅ‚oÅ›ci i gÅ‚Ä™bi uczuć, które mogÅ‚y zrodzić siÄ™ w tych ludziach, wÅ›ród których teraz żyÅ‚. Ostatecznie jednak smutek ten rozwiaÅ‚ siÄ™ zupeÅ‚nie, wypÄ™­dzony częściowo przez morskÄ… przemianÄ™ Gilesa, a częś­ciowo przez inne nastawienie, które Jim odkryÅ‚ jako część tego Å›wiata, że rzeczy dokonane należaÅ‚o zaakceptować i zapomnieć.
Teraz Brian niepokoiÅ‚ siÄ™ tylko o Malencontri i o to, czy dama jego serca wciąż jeszcze przebywa tam z wizytÄ…. Dafydd nie mówiÅ‚ na ten temat nic, ale Jim podejrzewaÅ‚, że myÅ›li walijskiego Å‚ucznika także przepojone byÅ‚y na­dziejÄ…, że jego żona również bÄ™dzie w Malencontri, kiedy tam dotrÄ…. Jednakże, najwyraźniej po to, żeby przestać zastanawiać siÄ™ nad tym, Dafydd gawÄ™dziÅ‚ o innych sprawach.
- Czy widziaÅ‚eÅ› lub wyczuÅ‚eÅ› jeszcze Malvinne'a, cho­ciażby tak, jak tylko Mag mógÅ‚by? - pytaÅ‚ teraz Jima. - ZauważyÅ‚eÅ›, że najwyraźniej zniknÄ…Å‚ niemal dokÅ‚adnie w tej chwili, kiedy pojawiÅ‚y siÄ™ smoki? PowinieneÅ› byÅ‚ wczeÅ›niej powiedzieć mi o ostrzeżeniu Carolinusa, że po dwudziestu czterech godzinach jego moc ochraniania ciÄ™ przed tym francuskim czarnoksiężnikiem zniknie.
- To nie miało znaczenia - powiedział Jim prawie nieobecnym głosem. - Do tego czasu wniosłem już swoje oskarżenie do Wydziału Kontroli.
- Oskarżenie? - spytał Brian.
Jim w porę się powstrzymał. Była to wewnętrzna sprawa Królestwa Magów.
- Zbyt trudno to wyjaśnić - rzekł. - Po prostu uwierzcie mi na słowo. Malvinne nie będzie mógł zaszkodzić nikomu swoimi czarami przez długi, długi czas, jeśli w ogóle kiedykolwiek znowu będzie mógł.
- Jesteś czymś zaniepokojony - powiedział jadący po jego drugiej stronie Dafydd.
Jim zerknął na łucznika. Ciemnobrązowe oczy ponad szlachetnym prostym nosem wypełniała troska.
- Co nieco - przyznał.
- Zaniepokojony? - powtórzył czujnie Brian. - Czym jesteś zaniepokojony, Jamesie?
- Myślę, że on sam nie wie - rzekł Walijczyk. - Ale wciąż nad wszystkim unosi się czarny cień. Najciemniejszy jest zawsze tam, gdzie jest Malyinne. Ja też to odczuwam, ale pojmuję to nie więcej niż Jim.
Jim przygryzał przez chwilę dolną wargę, zastanawiając się, czy spróbować to wyjaśnić. Zdecydował, że nie. Zbytnio to poplątane.
- Dafydd ma rację - przytaknął. - Istnieje ten ciemny cień i ja go nie rozumiem. Nie pytaj mnie o to, Brianie, proszę. Kiedy zrozumiem to w jakimkolwiek stopniu, sam ci o tym opowiem.
- Jak sobie życzysz, Jamesie - powiedział rycerz - ale w razie potrzeby nie zapomnisz o mnie?
Jim musiał się do niego uśmiechnąć.
- W razie potrzeby - obiecał - jesteś ostatnią osobą, o której bym zapomniał.
- No cóż, niech sobie przychodzą kłopoty - powiedział Brian. - Kłopoty są tak powszechne w tym świecie jak pchły. I nie sposób pozbyć się ich wszystkich. Nic nie da się zrobić, trzeba tylko czekać, aż przylezie coś takiego pod palce, i wtedy się z tym rozprawić.
Nie wiadomo czemu, ta niefrasobliwa filozofia podziałała na Jima uspokajająco. Nie rozproszyła jednak tego cienia, który wyczuła nad nim wrażliwość Dafydda na rzeczy ponadnormalne. Wciąż coś było nie w porządku. O czymś wciąż zapominał.
Już kilkaset razy rozpatrywał w myślach tę sytuację. Teoretycznie nie mogło być lepiej. Udało mu się postąpić zgodnie ze wskazówkami Carolinusa. Anglia i Francja zawarły teraz rozejm, który co prawda żadnego z krajów nie zadowalał, ale żaden z nich nie mógł także znaleźć wystarczającego powodu, by go zerwać.
Króla Jeana wypuszczono z niewoli, z powrotem na właściwe mu miejsce na tronie Francji, zgodnie z cichym kodycylem do rozejmu. Jim zaś odzyskał swój paszport.
WÄ…tki
Powered by wordpress | Theme: simpletex | © Jak ciÄ™ zÅ‚apiÄ…, to znaczy, że oszukiwaÅ‚eÅ›. Jak nie, to znaczy, że posÅ‚użyÅ‚eÅ› siÄ™ odpowiedniÄ… taktykÄ….