dział plan, bo pieniądze mieć będę w każdej chwili...

Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.
Ty wiesz, że ja mam do ciebie słabość,
ale mnie nie zrozumiesz, bo jesteś bezbrzeżnie głupi i papla.
Wawrzecki opuścił głowę i odpowiedział naiwnie:
– Cóż ja na to poradzÄ™!... Przecież ja chciaÅ‚bym i umieć dużo, i rozumieć wiele rzeczy; ale
jak zacznę myśleć albo co czytać, to mi się spać zaraz chce lub wreszcie Mimi mnie gdzie
wyciągnie na spacer i już po wszystkim!
– Po co z niÄ… żyjesz?... puść jÄ… na trawÄ™ albo odprzedaj jakiemu hebesowi...
– A po cóż ty żyjesz z MelÄ…?... Przecież ci z niÄ… także niezbyt dobrze...
– To co innego. Mela ma talent, kocham jÄ…, no i lubiÄ™ ogromnie mocne kobiety; lubiÄ™ ko-
biety z pasją, takie, co to jak się rozwścieklą, to w miłości kąsają, a w gniewie żrą i biją. W
takiej, to wiem, że jest jakaś dusza! Nienawidzę ludzi sklejonych sztucznie, poprawnych ma-
nekinów... tfu... psiakrew!
– A Mimi taka sprytna i wesoÅ‚a. To ona poddaÅ‚a mi tÄ™ myÅ›l z Ciepiszewskim, bo mamy
którego dnia wyprawić sobie frajdę i pojechać na Bielany. Jedzie z nami ten... wiesz... autor
jakiś, co mamy grać jego sztukę...
– GÅ‚ogowski. Ho! ho! ten chÅ‚op ma zÄ™by. Sztuka pójdzie w tym miesiÄ…cu; przepyszna
rzecz, wściekła po prostu, ale zrobi klapę, bo dla naszej publiczności za twarda... nie ugryzą...
– Mimi siÄ™ ogromnie podobaÅ‚ za to, że jej prosto w oczy mówi, iż jest gÅ‚upia... WesoÅ‚y fa-
cet!
– Wawrzek! może zaÅ‚ożę dyrekcjÄ™, ale puÅ›cimy baby kantem, bÄ™dziemy mieszkać razem...
pamiętasz, jak w Płocku i Kaliszu... będziemy sobie sami gotować...
61
– Dobre czasy... tylko bieda byÅ‚a u tego Grabcia jak cholera!
– Ty tego nie wiesz, ale trochÄ™ biedy i dużo walki to potrzebne zawsze dla prawdziwego
artysty.
Zamilkli.
Śmiech postrzępionymi falami płynął od publiczności, to oklaski hałaśliwym wrzaskiem
trzęsły szybkami okien, to krzyki zadowolenia wpadały niby burza w cichość garderoby, że aż
pÅ‚omienie gazowe drgaÅ‚y – i znowu przyciszaÅ‚o siÄ™ i wolne, przerywane odgÅ‚osy pÅ‚ynęły ryt-
micznie dotąd, aż ogłuszająca wrzawa podniosła się nagle... Akt się skończył.
– PrzejechaÅ‚bym z rozkoszÄ… po Å‚bach tych krzykaczy obcasem! – mruknÄ…Å‚ Topolski.
– Opowiedz mi ten plan, dajÄ™ ci uroczyste sÅ‚owo, że nie powiem.
– PojadÄ™ z wami na Bielany, to ci opowiem.
– Uda siÄ™ frajda. Mimi bÄ™dzie ogromnie kontenta; lecÄ™ jej powiedzieć, że i wy bÄ™dziecie.
Topolski podniósł się i wyszedł na ogródek, bo do garderoby wlewał się tłum schodzących
ze sceny. Myślał o Wawrzeckim. On go bardzo lubił, choć to było najdiametralniejsze jego
przeciwieństwo.
Wawrzecki był głupi, lekkomyślny, birbant, cynik i hulaka pierwszego rzędu, ale pomimo
tego miał dużo talentu; był to jeden z najlepszych lekkich amantów na prowincji.
Było to zdumiewającym, jak on, dziecko ulicy i rynsztoka prawie, syn stróża z Leszna,
grywał młodych i rozpieszczonych paniczów. Nie rozmyślał nigdy nad rolą, nie uzupełniał jej
opracowaniem jakimś, od razu odczuwał i wiedział wszystko, co mu było potrzeba; wiedział
intuicją, tym czymś, z czego się składa każdy prawdziwy talent; tworzył zawsze nowe typy i
charaktery.
Był lubianym przez publiczność, zwłaszcza żeńską, bo był bardzo ładnym i bardzo cynicz-
nym. Nie znosił żadnego wędzidła; w towarzystwach dłużej jak dwa miesiące nie mógł wy-
trzymać, bo o co bądź robił awanturę i wyjeżdżał gdzie indziej.
U Cabińskiego siedział już od wiosny, bo go przytrzymywał Topolski i jakiś romans za-
wiązany za plecami Mimi, którą uwielbiał.
Był po dziecinnemu zły i przewrotny. Miał namiętność do modnej garderoby i do coraz
nowych romansów... ot, dusza motyla, ale i z barwami motyla.
W garderobie solistek wybuchnęła burza; krzyczano tam tak, że Cabiński schodząc ze sce-
ny pobiegł czym prędzej, aby przyciszyć.
Rzuciła się do niego Kaczkowska z jednej strony, a Mimi z drugiej; pochwyciły go za ręce
i razem, starając się nie dopuścić wspólnie do głosu, krzyczały jedna przez drugą.
– JeÅ›li dyrektor pozwoli, żeby siÄ™ takie rzeczy dziaÅ‚y, to ja nie jestem w towarzystwie!...
– Skandal!... Dyrektorze!... wszyscy widzieli... ani godziny dÅ‚użej z niÄ… razem nie bÄ™dÄ™!
– Dyrektorze! ona...
– Nie kÅ‚am pani!
– To jest oburzajÄ…ce!
– To jest wprost nikczemne i Å›mieszne!
– Na miÅ‚ość boskÄ…! co siÄ™ staÅ‚o?... Jezus, Maria! po co ja tu przyszedÅ‚em?! – woÅ‚aÅ‚ CabiÅ„-
ski żałośnie.
– Ja opowiem dyrektorowi...
– To wÅ‚aÅ›nie ja powinnam opowiedzieć, bo pani kÅ‚amiesz!
– Robaczki moje!... bo, jak Boga kocham, nie wytrzymam i pójdÄ™!
– Tak byÅ‚o: dostaÅ‚am bukiet, bo go mnie najwyraźniej podawano, a ta... pani, staÅ‚a bliżej,
podeszła i odebrała go... i zamiast oddać mnie, ukłoniła się bezczelnie i zatrzymała go sobie!
– woÅ‚aÅ‚a wÅ›ród Å‚ez i zÅ‚oÅ›ci Kaczkowska.
– Pani blaguj!... myÅ›lisz, że ci uwierzÄ…!... Chyba od kominiarzy miaÅ‚aÅ› kiedy bukiet!... Mój
dyrektorze, podawano mi bukiet po kuplecie; wzięłam, a ta się przyczepia, że to dla niej... To
przecież jest śmieszne i głupie!... Ona myśli, że za jej przedarte wycie obsypią ją kwiatami!
62
– Tobie dadzÄ…?... tobie, co ani jednej nuty nie bierzesz po ludzku?!... za twój pisk szanso-
netkowy?!...
– Åšpiewa jak sÅ‚oÅ„ obdzierany ze skóry i stawia siÄ™ jeszcze!
– Milcz pani! Jestem aktorkÄ… na stanowisku i taka krowienta, taki gÅ‚Ä…b kapuÅ›ciany, chó-
rzystka marna, będzie mi ubliżać!
– Taka krowienta jest wiÄ™cej warta, bo jÄ… nie trzymajÄ… przez grzeczność, dla zasÅ‚ug daw-
niejszych, dla jej sztucznych zębów, włosów i późnego wieku!... Mogłabyś już pani wnuczki
bawić swoim śpiewem, a nie grywać na scenie!
– Niech dyrektor każe milczeć tej awanturnicy, bo w tej chwili opuszczam towarzystwo!
– Jak ta wiedźma nie bÄ™dzie cicho, to... jak Wawrzka kocham, nie koÅ„czÄ™ sztuki... Niech
diabli wezmą wszystko!... Już mi się życie sprzykrzyło grywać z takimi!...
Zaczęła płakać.
– Mimi, bo sobie oczy zamażesz! – zawoÅ‚aÅ‚a któraÅ›.
Mimi natychmiast przestała płakać.
WÄ…tki
Powered by wordpress | Theme: simpletex | © Jak ciÄ™ zÅ‚apiÄ…, to znaczy, że oszukiwaÅ‚eÅ›. Jak nie, to znaczy, że posÅ‚użyÅ‚eÅ› siÄ™ odpowiedniÄ… taktykÄ….