Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.
..
- Przyzwyczailiśmy się już do twoich krzywdzących sądów. Obeszliśmy hotel, weszliśmy po awaryjnych schodkach i dalej przesuwaliśmy się po wąskiej, metalowej szynie. Serio mówię, bardzo wąskiej szynie, za wąskiej zwłaszcza dla takiego staruszka jak ja. Niebezpieczna, wywołująca zawrót głowy wysokość... - Tak, tak. - Petersen nie tracił cierpliwości; rodzeństwo von Karajanów zajmowało apartament na pierwszym piętrze. - I co dalej? - Przy ich pokoju jest mały balkonik, a na drzwiach firanki. - Wszystko było widać? - I słychać! Młody człowiek nadawał coś przez radio. - Ciekawe... Choć właściwie nie ma w tym nic dziwnego. Morsem? - Nie, normalnie. - Co mówił? - Diabli wiedzą. Jeśli o mnie idzie, mógł równie dobrze gadać po chińsku. Z całą pewnością nie był to żaden znany mi język europejski. Mówił bardzo krótko. No i wróciliśmy. - Czy ktoś was widział? Na balkonie, na schodach, na... George usiłował przybrać urażony wyraz twarzy. - Peter, mój drogi... Petersen przerwał mu, podnosząc rękę. Niewielu ludzi tak się do niego zwracało, ale też i niewielu przed wojną zaliczało się do studentów George'a w uniwersytecie belgradzkim, gdzie George był niezwykle szanowanym profesorem języków zachodnich. Wiadomo było, i to wiadomo ponad wszelką wątpliwość, że George włada biegle najmniej kilkunastoma językami, a porozumiewa się w dobrych kilku innych. - Wybacz mi, wybacz... - Petersen zlustrował dużą postać George'a. - Właściwie jesteś całkowicie niewidzialny. Zatem jutro rano, a może w ciągu najbliższych dziesięciu minut, pułkownik Lunz dowie się, że ty i Alex węszyliście wokół tej sprawy - niczego innego i tak się po mnie nie spodziewa - ale nie dowie się, że młodego von Karajana przyłapaliście na tym, jak wkrótce po naszym wyjściu nadawał przez radio. Ciekawi mnie, co to było... George chwilę rozmyślał. - Jutro wieczorem, na statku, moglibyście się z Alexem dowiedzieć. Petersen potrząsnął głową. - Obiecałem Lunzowi, że dostarczymy ich na miejsce w całości. - Obiecałeś... A czy musisz dotrzymać obietnicy? Cóż dla nas znaczy Lunz? - My też chcemy dowieźć ich cało, George. George postukał się w głowę. - Eh, człowiek się starzeje... - Ależ skąd, George, to tylko profesorskie roztargnienie. Rozdział II Wehrmacht nie uważał za konieczne przewozić swoich sojuszników limuzynami ani rozpieszczać ich luksusem. Nazajutrz Petersen i jego grupa przemierzali Italię w kufrze furgonetki, która co prawda miała chyba odpowiednią ilość kół, ale za to, niestety, wyraźne braki w amortyzacji. Od drgań samochodu pasażerowie dzwonili zębami, a nieprzerwane i głośne klekotanie maszyny uniemożliwiało jakąkolwiek rozmowę. Rozpięta na metalowym stelażu plandeka była z tyłu otwarta, tymczasem w najwyższym punkcie marszruty, w Apeninach, temperatura spadła poniżej zera. W pewnym sensie była to niezapomniana przejażdżka, choć nie dlatego, że dostarczała wyszukanych przyjemności. W normalnych warunkach smród wyziewów dieslowskiego silnika byłby zupełnie wystarczający, żeby odurzyć najodporniejszego. Tego dnia jednak mdły odór mocno stracił na wyrazie w porównaniu z zapachem -jeśli to właściwe słowo - czarnych cygar George'a. On sam, mając na względzie delikatny zmysł powonienia współpodróżnych, usadowił się z tyłu furgonetki i kiedy nie palił, a zdarzało się to niezmiernie rzadko, z zadowoleniem raczył się zawartością skrzynki piwa u swoich stóp. Zdawało się, że jest niewrażliwy na zimno i pewnie tak było, bowiem natura obdarzyła go ogromnie skuteczną warstwą izolacyjną.
|
WÄ…tki
|