Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.
Mika powinien zdążyć. Jeśli nawet umknie kilku nadgor-
liwców, szlag z nimi. Zaan musi przecież wypuścić własnych ludzi. — No... A teraz nagroda — powiedział. — I to taka, której ponoć nie może ci dać nawet Wielki Książę. — Ano... Nie śmiałem przypominać — matematyk uśmiechnął się nieszczerze. — Otóż napisałem kiedyś traktat matematyczny o trójkątach prostych. Przewodniczą- cy Towarzystwa Naukowego przeczytał go i... ośmieszył mnie tak, że straciłem miejsce w Towarzystwie, że dowcipy na mój temat są legendarne, że tylko dzięki łasce Oriona mam co do ust włożyć... — Nie miał racji? — Miał rację — matematyk skrzywił się lekko. — Myliłem się, ale... co za różnica? Dlaczego mnie tak strasznie ośmieszył? Chcę mieć jego głowę podaną na złotej tacy. — Żadna różnica — Zaan wzruszył ramionami. Wziął papier, pióro i inkaust. „Mika, w mieście wybuchnie zaraza! Masz wykonać natychmiast następujące roz- kazy: (dla pewności zaczął pisać w punktach) 1. Kup złotą tacę. 2. Złap przewodniczącego Towarzystwa Naukowego, utnij mu głowę i dostarcz na tacy do mnie. Człowiek musi wiedzieć dlaczego umiera, więc każ mu podpisać doku- ment, w którym przyzna się, że nie miał racji co do trójkątów prostych. Sam zrozumie, o co chodzi. 3. Spakuj wszystkie nasze papiery, wszystkie teczki i wynoś się z miasta pod eskortą. 4. Uprzedź naszych najważniejszych ludzi, niech wieją natychmiast i utrzymu- ją z tobą kontakt. Masz kurewsko mało czasu — bramy zamkną zaraz po dziennym otwarciu! Jak nie wszystkim się uda niech zwiewają po linach przez mury, przekupując żołnierzy — w razie czego zostaw im jakieś fundusze, potem dostarczę ci nowe. 279 5. Musisz ustawić najlepszych ludzi przy wszystkich miejskich bramach (na ze-wnątrz). Niech śledzą wszystkich, którym uda się wyjść po zamknięciu bram. Mają do- wiedzieć się o nich, co tylko się da i nie zgubić nikogo z oczu. 6. Jeśli jeszcze zdążysz, złap naszego znajomego astronoma (tego od listów, które mi dostarczyłeś zaszyfrowane). Wiem, że ucieka do portu, ale mam też wrażenie, że nie skorzysta z głównego, z pewnych nieistotnych teraz powodów. Jak złapiesz, nie zabijaj, trzymaj w zdrowiu i czekaj. 7. Utrzymuj ze mną kontakt. Wymyśl jak. Powodzenia! Spróbuj skrewić, to...” Zaan wziął drugą kartkę i naskrobał pospiesznie. „Zyrion. W mieście wybuchnie zaraza. Ratuję ci dupę nie dla ślicznych oczu. Pakuj wszystkie nasze pieniądze na wozy i zwiewaj szybko. Bramy zamkną zaraz po dziennym otwarciu. Masz kurewsko mało czasu. Utrzymuj ze mną kontakt, wymyśl jak. Powodzenia! Spróbuj skrewić, to...” — Służba! — Zaan pokazał pierwszy list matematykowi. — Może być? — Podoba mi się, że potraktowałeś tą złotą tacę dosłownie. — Wygadzam swoim ludziom, jak mogę — specjalnie zaakcentował słowo „swoim”. Potem wybiegł na korytarz. — Służba! Kefos i Hara odnaleźli się po dłuższej chwili. Zaan rozwiązał swoją sakiewkę i wrę- czył im po garści złotych monet. — Panie! Dzięki, dzięki stukrotne — obaj upadli mu do stóp. — Ty biegnij do Biura Handlowego — podał pierwszy list Harze. — On się nazywa Mika, do rąk własnych. Ty... — drugi list powędrował do Kefosa. — Biegnij do Zyriona, do rąk własnych. Życie macie oddać, serca mogą wam pęknąć, nogi się połamać... Ale li- sty zaraz mają być u celu. Jak nie... na pal każę nawlec! Rzucili się biegiem, jakby rzeczywiście chcieli nogi połamać. Takich pieniędzy nie widzieli naraz nigdy w swym służalczym życiu. Ach! Nareszcie nadzieja dla rodzin, ja- kieś światło, jakiś mały kawałeczek szczęścia. Nie wiedzieli, że do pałacu nie zdążą już wrócić. Nie wiedzieli, że Zaan roztrącający służbę biegnie za nimi nie po to, by spraw- dzić, czy wykonują rozkaz, ale po to, by zamknąć pałacowe bramy. Goście właściwie już się rozjechali. Słońce jeszcze nie wstało nad horyzontem, ale szarość przeradzała się już w brzask. Nieliczni żołnierze gasili właśnie pochodnie na dziedzińcu. Zaan wpadł w sam środek tłumu sług. — Zamknąć bramy! — krzyknął. — Natychmiast zamknąć bramy!!! — No co on? — skomentował któryś z żołnierzy. — Toż goście jeszcze nie wszyscy wyszli. — Wypuszczać można, wpuszczać już nie! — Zaan dusił się, krzycząc głośno. — Za- mknąć bramy. Żołnierze na mury z pochodniami... 280 — Toż dzień zaraz. — Rozpalić ogniska na dziedzińcu! — Stać! — cichy okrzyk zatrzymał wszystkich w pół ruchu. — Kto śmie wydawać rozkazy w moim pałacu? To był sam Wielki Książę Orion. Służba zmartwiała. Zaan odwrócił się i popatrzył wprost w oczy zwiastujące rychłą śmierć. — Panie... — coś uwięzło mu w gardle. — Otrzymałem wiadomość, że w porcie ze- szło na ląd sześciu żołnierzy z Gaent! — Jak śmiałeś? Co ma do tego... — Orion urwał nagle. — Skąd?
|
Wątki
|