Carl wciąż starał się zidentyfikować ciche dzwonienie, gdy dobiegł go napięty głos Sandy:- Czy wasze dozymetry też coś wskazują? Na Times Square...

Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.

Carl i Greg jednakowym ruchem sięgnęli po swoje SRPD, podnosząc je pod światło.
- U mnie też jest jedna kreska - stwierdził Carl, Greg zaś dodał:
- U mnie już dwie. To znak, że czas się stąd wynosić. Wrócili do dżipa.
- Czy to niebezpieczne? - zaniepokoiła się Sandy.
- Nie, na razie nic się nie dzieje. - Greg sadowił się już za kierownicą. -Pewnie gdzieś w pobliżu jest kilka mocno promieniujących kawałków grun­tu; wczorajszy wiatr naniósł trochę radioaktywnego pyłu i tyle. Wskazania musiałyby być dziesięć albo i dwadzieścia razy wyższe, żeby było się czym martwić. Ale i tak uważam, że lepiej już jechać na zachód. Dokąd teraz?
- Na razie to my prosiliśmy, żebyś nas tu przywiózł - rzekł Carl, zanim Sandy zdążyła się odezwać. - Może pokazałbyś nam jakieś miejsce według własnego uznania? Takie bardziej osobiste, co?
Sandy uśmiechnęła się, a Greg z namysłem skinął głową.
- W porządku. - Wziął krótkofalówkę do ręki. - Kontrola ruchu, tu Ba­ker czternaście. Jadę na południowy zachód.
- Przyjąłem, Baker czternaście.
Kiedy Greg sięgnął do przycisku rozrusznika, Carl wreszcie zlokalizo­wał źródło niepokojącego go dźwięku: dzwoniły stalowe linki na stojących przed drugim gmachem ONZ masztach. U ich szczytów powiewały wyblakłe strzępy materiału - niegdyś flagi dumnych krajów, z których część przestała istnieć.
Tym razem podczas jazdy Carlowi zrobiło się zimno i musiał okryć nogi kocem. Cały czas miał wrażenie, że Gregowi się spieszy, gdyż prowadził bardzo szybko i nie dało się już swobodnie rozmawiać. Nawet Sandy zamilkła i skuliła się na przednim siedzeniu. Carl zresztą również czuł się nieswojo, porażała go skala widowiska: ogromna wyspa, drapacze chmur, sklepy, sta­cje metra, parki, ulice - i ani żywego ducha. Gdzieś z przodu sfora psów przebiegła przez ulicę; Greg zatrąbił kilka razy. Witryny sklepowe i powybi­jane okna zlewały się w jedną rozmazaną smugę, gdy dżip pędził ulicami, ale tu i tam Carlowi rzuciły się w oczy napisy wymalowane farbą na murach i ścianach autobusów. Niektóre z nich wyglądały na całkiem świeże.
Było wśród nich kilka odmian: ŻOŁNIERZE! ZOSTAWCIE NAS W SPOKOJU!, JANKESI DO DOMU!, parę PRZEPROŚCIE!, jeden DZIEŃ ODRODZENIA JEST BLISKI i stary, spłowiały na słońcu BIURO CZER­WONEGO KRZYŻA: TOMPKINS SQUARE. Było również sporo niezwy­kłych symboli i pojedynczych liter w jaskrawych kolorach. Jeden ze zna­ków przedstawiający trzy okręgi połączone falującą linią wpadł Carlowi w oko co najmniej trzykrotnie i wydał mu się dziwnie znajomy, choć nie wiedział dlaczego.
Na bocznej ścianie domu przy alei Bowery półtorametrowej wysokości literami ktoś napisał dwa słowa: ON ŻYJE.
Nawet tutaj, pomyślał Carl, dochodząc do wniosku, że podoba mu się ten widok. Nawet tu w niego wierzą.
Wjechali do parku ze stojącym pośrodku kamiennym, ozdobnym łukiem. Greg podjechał pod samą budowlę i wyłączył silnik. Odchylił się wygodnie w fotelu.
- Witani w parku Waszyngtona - oznajmił. - To moje ulubione miejsce, a wiecie dlaczego? Ze względu na to, co się tu stało w przeszłości, i co się stanie za parę miesięcy. 30 kwietnia 1789 roku Waszyngton został tu zaprzy­siężony jako nasz pierwszy prezydent. Wtedy Nowy Jork był przez krótki czas stolicą Stanów, dopiero rok później przeniesiono ją do Filadelfii. Ironia losu, nieprawdaż? - Usadowił się wygodniej i mówił dalej: - To, co teraz wam powiem, to właściwie tylko pogłoski, więc jeśli zdecydujecie się je wykorzystać, nie podawajcie nikogo z bazy jako źródła informacji, dobrze?
- Nie każ nam czekać, Greg - odparła Sandy. - Słuchamy.
- To jeszcze nic pewnego, ale w dowództwie już zaczęły się przygoto­wania do uroczystości. W styczniu Nelson Rockefeller zostanie tu zaprzy­siężony na stanowisko prezydenta. W ten sposób ma pokazać światu, że na­prawdę jesteśmy o krok od powrotu do Nowego Jorku.
Greg wykonał szeroki gest ramionami.
- Wyobrażacie sobie, jak tu będzie za te kilka miesięcy? Domy zamiesz­kane, prąd i woda podłączone, wszędzie flagi, festony, gwardia honorowa, gazety, radia i telewizje z całego świata, a tu, pod tym łukiem, Rockefeller złoży przysięgę. To będzie wspaniały widok; będę miał co opowiadać wnukom. Carl otulił ciaśniej nogi kocem.
- Pozostaje tylko drobny problem wyborów - zauważył.
- Och, on na pewno wygra - roześmiał się Greg. - Bez dwóch zdań.
- Cieszysz się z tego, prawda? - Sandy nachyliła się ku niemu. Porucznik wzruszył ramionami.
Powered by wordpress | Theme: simpletex | © Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.