Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.
– Chodzi
o to, ¿e mog¹ sobie wrzeszczeæ, ile chc¹, a Chewiego i tak nic nie 14 wzruszy, wiêc on z nimi pogada. Potem spotkamy siê we trzech, wymyœlimy coœ i po k³opocie. – Przyznajê, ¿e to raczej nowatorskie podejœcie – odezwa³ siê po chwili Luke. – Osobiœcie wola³bym, ¿eby tu by³a Leia. Ma dar doradzania. – Ale jej nie ma – zauwa¿y³ zgryŸliwie Han. – A jeœli nie opa- nujemy sytuacji, Gavrisom i Rada bêd¹ mieli doœæ zajêæ do koñca ¿ycia, tyle siê ostatnio namno¿y³o lokalnych problemików. – Fakt, tego akurat Nowej Republice nie brakuje. Mo¿e to nor- malne w okresie przejœciowym, czyli podczas adaptacji po upadku Imperium. – Albo resztki Imperium zaczê³y energiczniej dolewaæ oliwy do ognia – doda³ Han bez œladów weso³oœci. – Koniec gadania, za- bieramy siê do roboty. Im szybciej zaczniemy, tym wczeœniej bê- dziemy mogli wróciæ do domu. Wyl¹dowali na podwójnym stanowisku, specjalnie przygoto- wanym przez kontrolê lotów. Wyznaczono je w pó³nocnym kom- pleksie portu kosmicznego le¿¹cego na obrze¿ach stolicy planety. Zanim Luke, który nieco straci³ wprawê, wyl¹dowa³, Han i Chew- bacca wyszli ju¿ z „Soko³a” i rozmawiali z trójk¹ siwych Diama- lan. I jeszcze nim wy³¹czy³ napêd, wyczu³, ¿e s¹ k³opoty. – Artoo, zostañ tutaj i uwa¿aj, ¿eby nikt nie majstrowa³ przy myœliwcu – poleci³ Luke, otwieraj¹c kabinê i zdejmuj¹c he³m. Artoo pisn¹³ potwierdzaj¹co. Luke zostawi³ he³m i rêkawice, wyskoczy³ lekko z kabiny i podszed³ do grupy skupionej obok „So- ko³a Millenium”. Diamalanie obserwowali uwa¿nie, a miny mieli przy tym niezbyt przyjazne. – Witam – odezwa³ siê, schylaj¹c lekko g³owê. – Jestem Luke Skywalker. – Witamy ciê, Mistrzu Skywalkerze – odpowiedzia³ stoj¹cy najbli¿ej Hana pozbawionym jakichkolwiek emocji g³osem. – Ale nie witamy ciê na tej konferencji. Luke zamruga³ zaskoczony, spojrza³ na Hana i widz¹c jego œci¹gniête rysy, przeniós³ wzrok na oblicze Diamalanina, które wygl¹da³o niczym wyt³oczona ze skóry maska. – Nie rozumiem – przyzna³. – W takim razie wyra¿ê siê jaœniej – Diamalanin zastrzyg³ lewym uchem. – Nie chcemy, ¿ebyœ bra³ udzia³ w negocjacjach. Nie zamierzamy dyskutowaæ z tob¹ ani przy tobie ¿adnych istot- 15 nych spraw. Prawdê mówi¹c, wolelibyœmy, ¿ebyœ opuœci³ nasz system. – Zaraz, momencik! – Han mia³ doœæ. – To mój przyjaciel i ja go tu zaprosi³em. Przelecia³ kawa³ drogi, chc¹c wam pomóc. – Nie ¿yczymy sobie jego pomocy. – Mo¿e. Ale ja sobie ¿yczê – warkn¹³ Han. – I nikt nie bêdzie st¹d odlatywa³, jasne? Zapad³a ciê¿ka cisza. Luke obserwowa³ Diamalanina, zasta- nawiaj¹c siê, czy odlot nie by³by najlepszym rozwi¹zaniem. Je¿eli naprawdê go tu nie chcieli… Ten sam rozmówca ponownie zastrzyg³ uchem i oznajmi³: – Dobrze, Mistrz Jedi mo¿e zostaæ, ale wy³¹cznie jako twój doradca. Nie bêdzie uczestniczy³ w zebraniach negocjacyjnych albo my nie podejmiemy negocjacji w jego obecnoœci. Han skrzywi³ siê, ale odpar³: – Skoro siê upieracie, niech tak bêdzie. Poka¿cie nam kwate- ry i mo¿emy zaczynaæ. Jeden z obcych wrêczy³ Chewiemu datakartê z planem. – Macie apartament w hotelu na terenie portu kosmicznego – wyjaœni³. – Tu jest plan. Ishori przygotowali ju¿ sale spotkañ. Za- czniemy, kiedy bêdziecie gotowi. Jak na komendê ca³a trójka odwróci³a siê i odesz³a, albo raczej odmaszerowa³a, ku najbli¿szemu wyjœciu. – Ciekawe – powiedzia³ cicho Luke, patrz¹c w œlad za nimi. – Ktoœ wie, o co im chodzi? – W pewnym sensie – mrukn¹³ Han. – A w jakim sensie? – spyta³ Luke. Han spojrza³ na niego dziwnie i zaproponowa³: – Mo¿e dajmy temu spokój. Po prostu ciê nie lubi¹ i ju¿. Spogl¹daj¹c za odchodz¹cymi, Luke nie odezwa³ siê, ale bez w¹tpienia nie zamierza³ tak tego zostawiæ. Móg³ naturalnie natych- miast u¿yæ Mocy i wyci¹gn¹æ z umys³u obcego potrzebne wiado- moœci. Nie wiedz¹c, o co chodzi, nie by³ w stanie nic zrobiæ, wiêc powinien wykorzystaæ Moc. Ale… Spojrza³ na Hana, który przygl¹da³ mu siê uwa¿nie, jakby za- stanawiaj¹c siê, co te¿ on, Luke, zrobi. To przewa¿y³o: Han prosi³, ¿eby chwilowo zostawiæ temat. Wiêc zostawi. Chwilowo. – Dobrze – powiedzia³ spokojnie. – Chyba potrzebujemy no- wego planu. 16 – Ju¿ mamy – oœwiadczy³ Han z wyraŸn¹ ulg¹. – Chewie i ja w³¹czymy siê do rozmów, a z tob¹ naradzimy siê, gdy bêdziemy wiedzieli, o co im chodzi. Jeœli nie masz nic przeciwko bezczyn- nemu czekaniu, nim skoñczymy.
|
WÄ…tki
|