- Bardzo! - przekrzykując wrzask rannego, odpowiedział żołnierz...

Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.
- Ucięło mu obie nogi!
Andre jęknął i zemdliło go. Proszę Cię, Boże, szeptał, proszę, proszę, proszę, proszę. Chciałby wyrzucić z umysłu wszystko, czego był świadkiem. Wrzaski rannego nie ustawały; ale w miarę, jak Andre się wyłączał, słyszał je jakby z coraz większej odległości. Widział przed sobą klub dla chłopców na kempingu w New Jersey, kiedy miał dziewięć lat. Śpiwór. Latarka. Autobu­sy. Dzieciaki z Bronksu były okropnie podniecone, bo miały nocować pod gwiazdami. To był jedyny raz, kiedy spędził noc poza miastem - aż do wyjazdu na obóz wojskowy. Zawsze kiedy nie mógł zasnąć, rozmyślał o tej wycieczce. Leżał w łóżku, wyobrażając sobie, że śpi pod gwiazdami. Ale teraz gwiazdy straciły swóją magię przygody, która tak fascynowała uczest­ników wycieczki. Teraz oznaczały zimno, śmierć i okrzyki bólu... takie jak te wydawane przez beznogiego człowieka.
Tym razem bomba uderzyła w zbocze. Z góry spadł na Andre deszcz wy­rzuconej w powietrze ziemi. Krzyki rannego zamieniły się w pojękiwania, aby w końcu zupełnie ustać. Słychać było tylko głos idącego z pomocą żoł­nierza.
- Ej, ty! Nie, nie, nie! Otwórz oczy! Nie śpij! Hej, człowieku! Chryste Panie, nie śpij! Walcz! Nie zamykaj oczu! - Andre pomyślał, że tamten po­winien dać sobie spokój. Widział to już wcześniej: najpierw okrzyki przera­żenia, potem stopniowe, powolne znieruchomienie. Szkliste oczy. Pot spły­wający po całym ciele. Drgawki spowodowane zimnym uściskiem nadcho­dzącej śmierci. Uczyli ich, że taki szok był reakcją obronną organizmu, aby powstrzymać krwawienie, ale chyba zabijał więcej ludzi niż same rany. W każ­dym razie na pewno nie było pocieszenia. Szok był ciszą. Szok był prywatną sprawą. Szok oznaczał śmierć.
Bez żadnego widocznego powodu ostrzał moździerzy ustał. Zabrakło amunicji albo załatwiła ich nasza artyleria. Albo zmienili cel. Nie miało zna­czenia, jaki był tego powód. Cisza, która dla rannego mężczyzny oznaczała śmierć, dla pozostałych oznaczała życie.
- W porządku! - krzyknął gniewnie sierżant. - Odliczamy!
Żołnierz wysunięty najbardziej na prawo zawołał: “Jeden!”. Po nim li­czyli następni: “Dwa! Trzy!”. Andre spojrzał za skałę - jego osłonę. Zbocze wzgórza było puste. Nie koordynowali ataku z ostrzałem moździerzy.
- Sześć! - wykrzyknął sąsiad Andre, posykując z bólu przy tym wysiłku.
- Siedem! - krzyknął Andre. Odliczanie trwało, dopóki nie doszli do jedenastu. Nastała cisza; linia w łańcuchu stanowisk była przerwana.
- Jedenastka? - powtórzył sierżant. Nie było odpowiedzi. - Niech ktoś go sprawdzi! - Odkrycie oczywistej prawdy zajęło tylko parę chwil. Głos dziesiątki, który poszedł sprawdzić, co się stało z jedenastką, załamał się.
- On... On dostał granatem! Dokładnie tam, gdzie leżał! Wygląda, że prosto w plecy! Nie mogę tego stwierdzić!
Pierwszej nocy na wycieczce padał deszcz. Ciężkie krople spadały na na­miot, bębniąc w grube płótno. Uderzenie pioruna brzmiało jak ostrzał artyle­ryjski. Teraz na wspomnienia Andre nakładał się inny obraz. Zamiast pisków dziewięcioletnich chłopców, usiłujących bezskutecznie nie okazywać strachu, każdy grzmot powodował krzyki dorosłych mężczyzn wzywających matki.
Odliczanie trwało dalej. Okazało się, że jest dwóch zabitych.
- Dobra! - krzyknął sierżant. - Ja jestem dziewiętnasty! Podzielić się ich amunicją! - Krótko potem przy Andre pojawił się obcy żołnierz. Chyba zauważył ślady łez na jego policzkach, bo spytał, czy z nim wszystko w po­rządku. Andre kiwnął głową.
- Ile masz amunicji?
Magazynki Andre leżały u podstawy dużej skały.
- Cztery pełne i siedem naboi w piątym.
Twarz obcego pokrywały drobne zadrapania. Popatrzył na dwa zakrwa­wione magazynki. Hełm ledwo się trzymał na jego obandażowanej głowie.
- Wystarczy ci - zdecydował. - Rozdam je innym.
Andre kiwnął głową i mężczyzna odwrócił się, aby ruszyć dalej.
- Hej! - zawołał za nim Andre. - Kim jesteś?
- Na imię mi John - odpowiedział żołnierz, uśmiechając się niepewnie.
- Miałem na myśli twój numer - powiedział Andre, który wcale nie chciał poznawać imienia faceta.
- A, numer. Dziesięć. Jestem przy tym małym drzewku, co wyrasta ze szczeliny między skałami. - Żołnierz pokazał palcem. Z czystej uprzejmości Andre spojrzał w tym kierunku. - A jak ty masz na imię? - spytał dziesiątka.
- Siedem - odpowiedział Andre. John zgarbił się i odwrócił. Już chciał odejść, ale Andre zrobiło się go żal. -Na imię mam Andre... Faulk. Z Bronk-su. - Uścisnął rąkę uśmiechniętego Johna z Minnesoty.
25
 
GABINET SYTUACYJNY, BIAŁY DOM
27 kwietnia, 12.00 GMT (07.00 czasu lokalnego)
 
Mapy o różnej skali świeciły na monitorach rozstawionych w pokoju. Gordon Davis jadł kanapką z serem.
- Dwudziesta Piąta posuwa się w przyzwoitym tempie w dół rzeki Songhua - powiedział generał Dekker. - Jednak Chińczycy zorientowali się w ich zamiarach i opór jest teraz lepiej zorganizowany. W ciągu ostatnich czterech godzin bataliony manewrowe musiały się trzykrotnie rozpraszać i oczysz­czać sąsiednie zbocza. Szybkość posuwania się kolumny zmalała do kilku kilometrów na godzinę.
- To jest prędkość kolumny na drodze - skomentował dowódca Korpu­su Piechoty Morskiej. - Nie pomyślałeś, żeby po prostu rozproszyć się i po­suwać w ten sposób do przodu?
- Czoło kolumny jest jeszcze prawie sześćdziesiąt kilometrów od doli­ny - odpowiedział Dekker. - Nie chcemy, aby dotarli do celu i od razu padli ze zmęczenia.
- Cóż, generale Dekker - odpowiedział dowódca z Piechoty Morskiej, nie oddając tak łatwo pola. - Mamy mało czasu, a zegar bije. Ci ludzie nie powinni się oszczędzać.
Wątki
Powered by wordpress | Theme: simpletex | © Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.