Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.
- Wszystkie ich świece były zgaszone - powiedział smok - a oczywiście oni są praktycznie ślepi, dopóki nie zdobędą jakiegoś oświetlenia. Jim i pozostałych dwoje smoków wieczerzali w sieni prawie tak wielkiej jak ta, do której wszedł przez frontowe drzwi, rozjaśnionej tylko poświatą księżyca wpadającą przez kilka wysokich okien umieszczonych po jednej stronie komnaty. Oczywiście nie przeszkadzało to Jimowi w smoczym wcieleniu - smoki czuły się całkiem dobrze w prawie zupełnej czy nawet całkowitej ciemności, choć było im nieco wygodniej poruszać się przy niewielkiej ilości światła. Księżycowa poświata wpadająca przez okna była idealna. - Więc ich w większości wyłapałem, jednego po drugim, w ich pokojach i na korytarzach, i nie miałem problemu z wybiciem ich. Jeden czy dwaj sprawili mi trochę kłopotu, ale oczywiście byli na piechotę i nie mieli swoich łusek, więc... - Więc właściwie w ogóle nie miał prawie żadnych kłopotów - zadrwiła smoczyca. Sorpil na chwilę odwrócił ku niej głowę i spiorunował ją wzrokiem, zanim odezwał się znów do Jima. - Więc przejęliśmy to château ponad sto lat temu - ciągnął - a od tej pory wieśniacy przynoszą daninę nam, zamiast Jerzym. Efektem tego jest to świetne jadło i napoje, które mogliśmy ci dziś zaoferować. To stwierdzenie na temat jedzenia i picia jest co nieco przesadzone, pomyślał Jim. To prawda, że trzy owce świeżo zarżnięte, które Maigra podała do stołu w całości, ze skórą, kośćmi i wnętrznościami, były stosunkowo tłuste i dość smaczne ze smoczego punktu widzenia. Wino także było niezłe i Jim właściwie nie spojrzałby na nie inaczej niż z aprobatą, gdyby nie miał już za sobą kilku tygodni doświadczeń z tym, co we Francji rzeczywiście było dostępne z win. Wielka baryłka, której wierzch smok odbił z czymś w rodzaju uroczystego szerokiego gestu, żeby każde z nich mogło zanurzać w niej ludzkiej roboty dzbany, używane jako kubki do picia, zawierała wino, nieco lepsze niż niektóre z najgorszych, jakich Jim próbował od czasu, gdy zszedł na ląd w Breście. Daleko mu było do najlepszego, jakie dotychczas pił. Jim podejrzewał, że uraczono go winem tego gatunku, jaki podawany był do ich zwykłych kolacji, licząc na to, że angielski smok nie pozna się na różnicy. Ocierało się to bardzo blisko o obrazę gościa. Założeniem związanym z paszportem było, że dla tymczasowych celów Jim był właścicielem stanowiących go klejnotów, a zatem smokiem, którego należało traktować z najwyższym szacunkiem - Dokąd się stąd udajesz? - spytała nagle smoczyca swoim ostrym głosem, przerywając mężowi i kończąc w ten sposób jego bez wątpienia mocno podkoloryzowaną relację z tego, jak zdobył château. - Na wschód - odparł Jim specjalnie niejasno, zwijając się trochę wygodniej przy stole dostosowanym rozmiarami dla Jerzych. Byli już po jedzeniu, a Jim wypił dość wina, nawet jak na smoka, by poczuć się zrelaksowanym i odprężonym. Sądził, że beczka napoczęta przez Sorpila była do tej pory przynajmniej w połowie opróżniona. - Ale chodzi mi o to, jaką drogą, jaką trasą? - dopytywała się Maigra. - Och - powiedział Jim - myślałem, że po prostu będę wybierał drogi tak ogólnie na wschód, wiesz. Nie przywiązuję specjalnej wagi do tego, którą dokładnie trasą podróżuję. - A powinieneś! - rzekła smoczyca. - Po ponad stu latach, kiedy tylko my próbowaliśmy utrzymać ich w ryzach, wieśniacy na mile dokoła stali się ogromnie zuchwali. Sorpil i ja nigdy nie lądujemy na zewnątrz, chyba że jesteśmy razem. Dwudziestu czy trzydziestu wieśniaków atakujących naraz, z widłami, sierpami i innymi takimi rzeczami, kiedy jest się samemu - zwłaszcza jeśli jest się takim małym smokiem jak ja - to zagrożenie, które trzeba traktować poważnie. - Cóż, jeżeli powiecie mi, jakie są granice waszego terytorium - powiedział Jim - po prostu wylecę poza nie, zanim wyląduję na ziemi. Nie żebym uważał, iż nie dałbym sobie rady z dwudziestoma czy trzydziestoma uzbrojonymi wieśniakami, gdybym musiał. Wbrew niemu samemu, wino wyzwalało w nim nieco instynktownej smoczej dumy z własnych rozmiarów i siły. W istocie w tej chwili, w odprężeniu wywołanym winem, myśl o poradzeniu sobie z dwudziestoma czy trzydziestoma uzbrojonymi wieśniakami znajdował jako coś raczej atrakcyjnego. Nie miał zbytnich wątpliwości, że mógłby zabić większość z nich, a resztę odegnać. Przypomniał sobie, jak pierwszy raz wleciał między grupę konnych zbrojnych należących
|
Wątki
|