Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.
Znalazł pośród nich mniej więcej dwumetrowy odcinek grubego izolowanego drutu. Oparł jeden koniec o przesiąknięty ochronnym polem sufit śluzy, nastawił blaster na najmniejszą moc i przeciął drut na pół, a potem - nie czekając, aż rozgrzane końce ostygną- podszedł do leżącego pilota. Pierwszym kawałkiem związał ukryte w rękawach kombinezonu nadgarstki mężczyzny, a drugim unieruchomił nogi w kostkach. Następnie - nie przejmując się tym, że mógł nieznajomego żołnierza skaleczyć albo zranić, pochwycił wtryskiwacz za mole- towaną boczną krawędź i obracał górną część dotąd, aż mała strzałka znalazła się naprzeciwko wygrawerowanego napisu STYM. Z całej siły przycisnął krążek do twarzy mężczyzny. Urządzenie wydało kilka cichych dźwięków. Na policzkach nieznajomego zakwitły rumieńce. Pilot jęknął, a jego oczy skupiły się na twarzy Calrissiana. Nie czekając, aż koniec lufy blastera ostygnie, hazardzista przycisnął go do lewego kolana żołnierza. - No, dobrze, asie. Teraz powiesz mi, co masz do powiedzenia, ale postaraj się, żeby nie zajęło ci to dużo czasu. A przede wszystkim, nie wykonuj żadnych nagłych ruchów. Z radością skorzystam z każdej okazji, aby po kolei rozwalać twoje stawy. Opuszka wskazującego palca hazardzisty zbielała, przyciśnięta do guzika spustowego blastera. Nieznajomy pilot nie mógł tego nie zauważyć. - Nazywam się Klyn Shanga - zaczął i westchnął. - Powiem ci wszystko, co chcesz wiedzieć, ale obiecaj mi, że kiedy skończę, zrobisz użytek z tego blastera. Jeden skuteczny, celny strzał i życie steranego wojaka dobiegnie końca. Co ty na to, kolego? Lando był tak zaskoczony, że skierował lufę blastera ku płytom podłogi. - Odpowiem ci, kiedy usłyszę, co masz do powiedzenia - odparł, kiedy trochę oprzytomniał. - Klyn Shanga... Co to za nazwisko? Przykucnął na podłodze obok nieznajomego, ale nie przestał zerkać jednym okiem na małego androida. Vuffi Raa leżał nieruchomo. Shanga pokręcił głową i westchnął po raz drugi. Zapewne usiłował pogodzić się z porażką. Całkiem możliwe, że miał w tym dużą wprawę. - To nazwisko nieżywego mężczyzny, przyjacielu. Nazwisko martwego człowieka. A kim 104 @ Lando Calrissian i Ogniowicher Oseona ty jesteś, na Wielkie Imię, i dlaczego walczysz przeciwko podobnym do siebie ludziom, mając taką pokrakę za wspólnika? - Nazywam się Lando Calrissian i jestem kapitanem „Sokoła Milenium” - odparł rzeczowo hazardzista. - A ta „pokraka” jest moim androidem- pilotem i przyjacielem, przyjacielu. Nazywa się Vuffi Raa i jeszcze nigdy nie skrzywdził najmarniejszego owada. Nie pozwala mu na to oprogramowanie. Pilot zamrugał. - Android? Sam ci to powiedział? To wyjaśniałoby zagadkę chromowanej powłoki, dzięki której tylko z trudem go poznałem. Ale jednak poznałem! Nie zapomina się pokraki, która unicestwiła twoją cywilizację! Lando podrapał się po głowie. - Bądź rozsądny, człowieku. Jakim cudem mógłby mały android... a poza tym, tak czy owak, powiedziałem ci prawdę. Vuffi Raa jest automatem. Sam widziałem, jak dzielił się na części. Posłuchaj uważnie. Jeżeli został całkowicie zniszczony... A przy okazji, czy wiesz, dlaczego zwinął się w kłębek i sprawia wrażenie wyłączonego? Dlatego, że okoliczności zmusiły go do zaatakowania i obezwładnienia innej inteligentnej istoty. Musiał to zrobić, ponieważ chciał obronić siebie i mnie przed tobą. Shanga rozluźnił mięśnie i przez kilka chwil leżał nieruchomo. Później obrócił głowę i cicho jęknął. - Na Wielkie Imię, nie mam najmniejszego pojęcia, o co w tym wszystkim może chodzić! Rozdzielił się na części? Oprogramowanie zabrania mu atakowania istot obdarzonych inteligencją? Czy nie zechciałbyś poczęstować mnie papierosem, kolego? Na twarzy Calrissiana zagościł ponury uśmiech. - Właśnie miałem poprosić cię o to samo, Klynie Shango. - Klynie Shango? - odezwał się cichutko ktoś, leżący w kącie pomieszczenia. - Czy rzeczywiście tak brzmi twoje nazwisko? Mistrzu, wydaje mi się, że potrafiłbym uchylić rąbka tej tajemnicy. I to zaraz. - Vuffi Raa! - wykrzyknął uradowany hazardzista. Tymczasem nieznajomy pilot ponownie napiął wszystkie mięśnie. - Nie znasz mnie, dziwna istoto, ale ja znam ciebie doskonale! - warknął. - Pamiętasz, co się wydarzyło w systemie Renatazji? Robot rozprostował macki, dzięki czemu przestał przypominać srebrzystą kulę. Powoli, jakby z wrodzonym wdziękiem, podszedł do obu mężczyzn, a potem ułożył tors na podłodze i wyciągnął manipulatory. Lando uświadomił sobie, że niemal nigdy nie widział, kiedy robot odpoczywa. Prawdę mówiąc, niezwykle rzadko zmuszały go do tego okoliczności. - Mylisz się, Klynie Shango — powiedział. — Pamiętam wszystko doskonale. I odczuwam większy żal i wstyd, niż jestem zdolny wyrazić. Mistrzu, jeżeli chcesz wiedzieć, Renatazja była kiedyś strasznie zacofanym, prymitywnym światem. Nikt nie pamięta ani nie wie, w jak zamierzchłych czasach osiedlili się tam pierwsi koloniści. Z pewnością miało to miejsce na długo przed utworzeniem się Republiki. Na długo przedtem, zanim jakikolwiek historyk byłby gotów przyznać, że odbywano pierwsze międzygwiezdne loty. Niemniej jednak kolonia istniała, całkowicie odizolowana od reszty cywilizowanych światów. Ani
|
Wątki
|