Zobaczył, jak Merrin budzi się z kapsuły beta w sekcji załogowej, otumaniony po budzeniu, ale już poruszający się ze znajomą ekonomią ruchów...

Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.
Zobaczył, jak idzie grzbietowym korytarzem „Horkan’s Pride”, twarz nieprzenikniona.
Zobaczył, jak wydłubuje spomiędzy zębów resztki mięsa Heleny Larsen, używając do tego mikrośrubokrętu z szafek technicznych.
Zobaczył, jak wydaje polecenie odsłonięcia bocznych okien po zgaszeniu świateł we wnętrzu statku. Zobaczył, jak opiera dłonie na szybie i wpatruje się w lustro niczym chory.
Zobaczył, jak krzyczy, z szeroko otwartymi ustami, ale milcząco, w ciszy.
Zobaczył, jak podcina gardło ożywionemu, pozbawionemu kończyn ciału, rozłożoną dłonią blokując tryskającą z tętnic krew. Zobaczył, jak ostrożnie wydłubuje pojedynczo oczy i rozsmarowuje je palcami na matowej ścianie korytarza.
Zobaczył, jak przemawia do kogoś, kogo tam nie było.
Zobaczył, jak raz obrócił się w korytarzu i spojrzał do kamery, jakby wiedział, że Carl mu się przygląda. Uśmiechnął się wtedy, a Carl poczuł, jak zmroziła go reakcja jego własnych mięśni twarzy.
Było tego więcej, dużo więcej, nawet w krótkim czasie potrzebnym n-dżinnowi na ukończenie Tjadena/Wassona. Obrazy przemykały, błyskały i ginęły, pochłonięte przez inne efekty ekranowe. Nie był pewien, czemu maszyna mu to pokazuje ani jakie stosuje kryteria wyboru. Czuł to samo, co podczas lotu na pokładzie „Felipe Souzy”, denerwująca próba zrozumienia kapryśnego boga, o którym zapewniono go - naprawdę, to prawda, tak został zaprogramowany - że go pilnuje. Wrażenie sensu tuż poza zrozumieniem.
Może dżin wyczytał w nim coś, z czego Carl sam nie zdawał sobie sprawy, i próbował mu to pokazać, jakaś nieuświadomiona potrzeba. Może sądził, że Carl tego właśnie chciał.
Może naprawdę tego chciał. Nie był pewien.
Nie był pewien, czemu został tam i oglądał. Ale ucieszył się, kiedy się skończyło.
* * *
Powróciła unosząca się na wietrze, potargana postać.
- Jest to - powiedziała mu i uniosła ramię falujące niczym skrzydło. Na ekranie pod nim Merrin szedł obok automatycznych noszy wiozących Helenę Larsen w krótkiej drodze z komory kriokapsuł do sali autochirurga. To była jej druga podróż - tuż poniżej trykotu prawa noga kończyła się zgrabnie zabandażowanym kikutem. Mamrotała coś do siebie w stanie niepełnej przytomności po wybudzeniu, ledwie słyszalnie, ale n-dżinn skompensował i wzmocnił dźwięk.
- ... nie znowu - błagała niewyraźnie.
Merrin nachylił się, by złapać jej głos. Carl wiedział, że ma nadzwyczaj dobry słuch, wyostrzony dodatkowo przez nieustanny, dławiący bezruch na pokładzie statku lecącego do domu, pogrążonego w mrocznym cieniu pustki na zewnątrz, w której nagle pogłębione buczenie przewodów zasilających w ścianie wystarczyło, by wyrwać ze snu, a dźwięk upuszczonego widelca zdawał się roznosić po całym statku. Dźwięki kroków wyciszały tenisówki zaprojektowane do uniknięcia wszelkich zarysowań, a po jakimś czasie człowiek odkrywał, że prawie przesądnie próbuje również w inny sposób nie zakłócić ciszy. Mówienie - do siebie, by zachować rozum, do świadomych i bezdusznych maszyn utrzymujących przy życiu, do śpiących twarzy za szybami kriokapsuł, do kogokolwiek i czegokolwiek, co mogłoby słuchać - mówienie stawało się aktem mrocznego nieposłuszeństwa, zuchwałym przerwaniem ciszy.
- Znowu, tak - Merrin powiedział do kobiety, którą się żywił. - Dziedzictwo kormorana.
Obraz znieruchomiał.
- Kormoran - powiedział Carl, budząc swoją pamięć.
- Merrin kilkakrotnie użył tego słowa bez żadnego kontekstu - wyjaśnił dżin. - Nasuwa się skojarzenie. Według danych rotacji obozu pracy Wells na Marsie zarówno ty, jak i Merrin znaliście Roberta P. Danversa, numer identyfikacyjny 84437hp3535. Ekstrapolacja Yaroshanko wiąże was obu przez Danversa z marsjańskimi familias andinas oraz, łącząc się z użytym tu terminem „kormoran”, z dużym prawdopodobieństwem z osobą Franklina Gutierreza.
Przez chwilę Carl siedział w milczeniu. Ogarnęły go wspomnienia, gęste i szybkie, emocje, które, jak sądził, odrzucił kilka lat temu. Poczuł, jak jego palce zginają się niczym szpony.
- No proszę, proszę - powiedział w końcu. - Gutierrez.
ROZDZIAł 21
Powered by wordpress | Theme: simpletex | © Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.