Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.
196 Ze mną czasu bardzo mało miał mówić. Obiecował przecię wi-ktorii; prawda, że czasem niby przez zęby. Po Wiktorii obłapiał mię, całował, a wzdychał, prosił, aby continuer bez omieszkania czasu. Narzekał na lenistwo drugich, na niedbalstwo; mówił, co należało, a potem, nie mogąc na to i patrzyć, odjechał. Nie pisz tedy Wć moje serce tego do niego, co masz wolę; wiem pewnie, że by mu to nie było miło, bo się on cale każe stosować do woli bożej. U nas ludzi niemało poczęło mrzeć: jedni z ran i postrzałów, drudzy z tej nieszczęsnej dyzenterii. Jam tu kilka czajek kazał sprowadzić chorych z Wiednia do Preszburka, bo tu ludzie właśnie jako nasi, bardzo dobrzy, poczciwi i nam przychylni. Nie masz tu człowieka jednego, tak z panów starszyzny oficerów, jako i żołnierzów, aby go ta plugawa nie miała napaść choroba. Mnie P. Bóg z łaski swej jeszcze dotąd od niej zachował. Panowie hetmani obadwaj niebożęta chorzy, starszy na nogę, drugi na swe znów zwyczajne alteracje. Asferus ów nasz nieborak wczora skończył z postrzału dans le bas ventre. Towarzystwa siła my się nie dorachowali, a prawie co na wybór. Spod chorągwi syna naszego Aleksandra zginęło towarzystwa podobno ośm, wszystko szlachty bardzo znacznej, ów też nasz Bełkacki także zginął. Insi się zaś tak zdobyli, że nie-leden został panem. Pasów diamentowych bardzo siła między żołnierzami; siła tego za lada co pozbywali w Wiedniu, a drudzy się zaś z tym dotąd kryją. Ks. Hacki powlókł się tam nazad; od brata jego wczora dopiero odszukałem lichtarz arcywczesny, a przed wczorem fuzję od p. Stadnickiego. Ks. Hacki nasz nieborak opat biegał z listem moim do cesarza aż do Lincu z nowiną przeprawy przez Dunaj; miał gdzieś i mszę w drodze przed cesarzem. Miał znowu i drugą audiencję w Wiedniu; nie zastawszy padre d'Aviano, czytał cesarzowi, co imieniem moim ks. Przyborowski pisał. Kręcił się, biegał, cyfry pokazywał; nic to wszystko nie pomogło. Pisze dziś tu do mnie z Wiednia, że powraca próżny już nie tylko skutku, ale i nadziei; co że on tam u Wci mego serca szerzej roztrząśnie, nie powątpiewam. Był też tu u mnie wczora z wielkim żalem, płaczem i skargą ledwie wymowną książę saski von Lauenburg (człowiek poczciwy bardzo, pan wielki i starszy w domu swoim, który w dzień potrzeby komendując prawe skrzydło cesarskie był zawsze przy mnie), a to o to, że cesarz regratyfikując komendantowi wiedeńskiemu p. Staremberkowi, że dotrzymał miasta do przyjścia naszego, dał mu sto tysięcy talerów, toison d'or i uczynił go feldmarszałkiem, pominąwszy księcia tego saskiego, Kaprarę i Lesla, którzy wszyscy kładą się daleko starszymi i że nim komenderowali. Tak tedy książę wielce się czując urażonym, odjeżdża z wojska; ludzie jego i przyjaciele sakramentują, narzekają, grożą. Ale i 197 tym drugim ma być bardzo niemiło i dlatego i most nam podobno spóźniają, że wszyscy ręce opuścili i pokazują się być nieukontentowanymi. Uszy tu bolą słuchając z daleka, co mniejsi mówią; nawet już i na nas narzekają, „żeście go sekurowali; niechby była ta pycha i z korzeniem do szczętu wyginęła!” Jam też dopiero wczora odebrał list od kardynała Bonwizego; ale tylko komplement, o łasce albo dyskrecji jakiej Ojca św. nad wojskiem naszym ginącym ani słowa jednego. Generałowie ci malkontenci mają wielką po sobie rację. Że komendant dobrze się bronił, poznawamy; ale że by się był nie obronił, gdyby my byli w sukursie nie przyszli. Z księciem bawarskim jużeśmy się dawno nie widzieli; przysłał jednak wczora do mnie, pytając o ordynans. Idzie bokiem jedna jego część wojska tą, druga tamtą Dunaju stroną, dla pożywienia; aleć jemu wszystko z Bawarii Dunajem płynie. Książę lotaryński bywa co dzień; nie znać po nim, nieboraku, ani zdobyczy, ani łaski cesarskiej. Ja, lubo niewiele mam czasu, bobym chciał zjechać do miasta, które za Dunajem, i tam wziąć lekarstwo, atoliż przecię cokolwiek dziś miawszy, napisałem list do Duvernay'go ( en fort mechant francais, ale to Wć moje serce poprawisz, byle sens był, jeśli się to zdać będzie Wci mojej duszy). Na podpisie wymyślić imię jakiekolwiek francuskie. Lubo to pokaże królowi swemu, lubo nie pokaże, przecież się będzie musiał pukać od gniewu i żalu i przejrzy w swych fałszach i niecnotliwym procederze. W ostatku pod tymże podpisem posłać kopię tego listu a M. de Beauvais et a M. le marquis de Bethune, a zalecić Gracie i Richterowi, żeby te listy kształtnie na paryską przeprawili pocztę. Z rad warszawskich śmiać się trzeba, bo ich i samych P. Bóg w pośmiewisko obrócił. Z kurfirsztem brandenburskim pewnie mię więcej nie powadzą; ale i on się zna bardzo dobrze na takich ludziach. M. le marquis d'AIy vient d'arriver, który chciał być w potrzebie en volontaire, ale jej omieszkał. Muszę tedy już kończyć, całując milion razy i ściskając wszystkie śliczności najpiękniejszego ciałeczka mojej Marysieńki. A M. le Marquis mes baisemains i podziękowanie za ojcowski afekt, który w swym wyraził liście. Księżnę jejmość z duszy obłapiam, dzieci całuję. Minionkowej persekucji z duszy żałuję. Racz Wć moje serce napomnieć ode mnie: wolałbym, żeby się nie uczył, niżeli żeby miał stracić fantazję. Na insule Szutt, między Presz-burkiem a Komorą, pod San Peter, 28 IX [1683].
|
Wątki
|