Higbold nie interesował się ogrodem, chyba że miał z kimś do omówienia sprawy, o których nie chciał dyskutować w zamknięciu, gdyż - jak twierdził - ściany...

Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.
Ambicje jego nie kończyły się bowiem na tym, co już osiągnął. Dążenia takich jak on nigdy nie mają granic. Tylko do pewnego momentu można je realizować przystawiając komuś nóż do gardła, czy nie powstrzymując pięści, potem trzeba nauczyć się wpływać na umysły ludzi, nie zaś ich ciała. Higbold był pojętnym uczniem.
Tego, o czym mówiono w ogrodzie w pewną wiosenną noc, nie wiedział nikt, ale był przy niej świadek, o czym to Higbold dowiedział się o wiele za późno. Służba zawsze plotkuje o panach, stąd też poszła wiadomość, jakoby Caleb rozmawiał na osobności z Lady Isabel. Potem spakował swe skromne manatki i poszedł sobie. Nie tylko z wartowni, ale w ogóle z Klavenport, kierując się drogą na zachód.
Port był w tym czasie odbudowywany i naprawiany, zaś z lądu powoli znikały ruiny - pozostałość po najeźdźcach. Caleb nie trzymał się długo drogi. Był dość bystry, by wiedzieć, że drogi nie. tylko ułatwiają podróż, ale przyspieszają także pościg.
Droga na przełaj była ciężka, szczególnie dla jego pokręconego ciała, ale w końcu dotarł do obrzeży Moczarów Sorn. Ach, widzę, że potrząsacie głowami i krzywicie twarze! I słusznie, macie rację. Wszyscy wiemy, że są w High Hallack tereny należące do Najstarszych, na które nie wchodzi nikt z odrobiną oleju w głowie. Lecz Caleb odkrył, że byli tacy, co wchodzili. Byli to pastuchowie, zaganiający zdziczałe podczas wojny bydło ze wzgórza na targ. Coś niedawno przeraziło zwierzęta, wywołując popłoch i pognało je prosto w Moczary Sorn, i aby choć część z nich uratować, przerażeni utratą owoców ciężkiej pracy pastuchowie, rzucili się na poszukiwania.
Przy okazji znaleźli, wypłaszając z kryjówki, coś jeszcze, czego nie powinienem ważyć się opisywać. Sami wiecie, że są na moczarach miejsca otaczane najskrytszą tajemnicą. Dość powiedzieć, że była w takim pustkowiu kobieta wystarczająco ładna, aby wzbudzić pożądanie mężczyzn, od paru tygodni pozbawionych widoku spódnicy. Zaskoczywszy ją znienacka, użyli sobie, ile dusza zapragnie.
Caleb nie był bezbronny pomimo swego kalectwa. Opuszczając Klavenport miał swą ulubioną broń - kuszę, którą władał wcale nieźle. Zastawszy gwałcicieli w trakcie czynu, ponownie potwierdził dobrą opinię, jaką cieszył się jako łucznik. Dwukrotnie strzelił i mężczyźni zawyli jak zwierzęta - lub i gorzej, jeśli wziąć pod uwagę, co zrobili - nawet zwierzęta nie traktują tak swoich samic. Wrzeszcząc rozkazy, jakby prowadził ze sobą zbrojnych, Caleb ruszył naprzód, napastnicy zaś, przejęci trwogą, uciekli. Mógł więc w spokoju zejść i spojrzeć na tę, którą porzucili.
Nikt nie wie, co zastał i co się tam działo, gdyż z nikim o tym nie rozmawiał. Jednak gdy potem poszedł dalej, jego twarz była trupioblada, a spracowane dłonie drżały mu jak w febrze.
Podążył nie w głąb moczarów, lecz jak ktoś, kto ma określony cel, wzdłuż brzegów.
Dwie noce tam obozował. Kim byli ci, z którymi się spotkał, po co przyszli i o czym rozmawiali - kto to może wiedzieć? Rankiem trzeciego dnia ruszył z powrotem ku szlakowi.
Dziwne to było, lecz w miarę jak szedł, jego krok wyrównywał się i wydłużał, a pokręcone ciało prostowało się. O zmierzchu, czwartego dnia szedł prawie jak każdy zmęczony podróżny. Wtedy też dotarł do wypalonych szczątków Gospody na Rozdrożu.
Niegdyś był to nieźle prosperujący zajazd, w którym wiele srebra przetoczyło się po stołach w ręce gospodarza i jego rodziny. Zbudowany u zbiegu dwóch traktów wiodących do Klavenport - jednego z północy, drugiego z zachodu - stracił swą świetność przed bitwą pod Fallons Cut. Przez pięć zim jego zwęglone szczątki stały na podobieństwo pomnika okrucieństwa wojny, nie oferując niczego poza ponurym widokiem. Teraz spoglądał na nie Caleb.
Wierzcie lub nie, ale nagle nie było już spalonych zgliszcz lecz cała gospoda. Bez śladu zaskoczenia wszedł do środka, stając się jej właścicielem, gdyż takim właśnie mianem powitali go kręcący się po podwórzu ludzie.
Coraz więcej podróżnych jeździło obydwoma szlakami, ponieważ handel zaczął ożywać po zniszczeniach i zawierusze wojennej, a więc niewiele czasu minęło, nim wieść o odbudowanej gospodzie dotarła do Klavenport. Ci, którzy w nią nie uwierzyli, siedli na koń i przekonali się ku swemu zdziwieniu, że to prawda.
Chociaż gospoda bardzo przypominała poprzednią, to ci, którzy znali ją przed wojną, twierdzili, że są pewne różnice. Nie potrafili jednak dokładnie ich określić. Wszyscy zaś byli zgodni, że gospodarzem jest tu Caleb i to odmieniony przez dostatek, bo rzeczywiście w krótkim czasie stał się bogaty.
WÄ…tki
Powered by wordpress | Theme: simpletex | © Jak ciÄ™ zÅ‚apiÄ…, to znaczy, że oszukiwaÅ‚eÅ›. Jak nie, to znaczy, że posÅ‚użyÅ‚eÅ› siÄ™ odpowiedniÄ… taktykÄ….