trzy dni później dziadek umarł...

Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.

W następnych latach moje szaleństwa, teraz już uprawiane razem z kolegami, stały się bardziej metodyczne, choć nie mniej karkołomne.
Ojciec mówił nieraz, że mam charakter z piekła rodem, a matka śmiejąc się odpowiadała „z afrykańskiego piekła”, na czym się, nawiasem mówiąc, zwykle wszystko kończyło, bo oboje kochali mnie bardzo, choć każde na swój sposób.
Uczyłem się dość dobrze, ale nierównomiernie. Kiedy
dowiedziałem się, że aby zostać kapitanem okrętu, trzeba znać matematykę i astronomię, zostałem w ciągu kilku tygodni pierwszym w tych przedmiotach, ale gdy oczarowała mnie później geografia, tamte przedmioty rzuciłem po prostu w kąt.
W siedemnastym roku życia, bardziej niż kiedykolwiek niepewny, co z sobą robić, zapisałem się na chybił trafił na wydział
konstruktorski Akademii Lotniczej w Piatigorsku i tutaj poznałem Goriełowa.
Wykładał mechanikę teoretyczną, a zwrócił na mnie uwagę nie dla moich umiejętności, które były bardzo umiarkowane, lecz ze względu na moją matkę. Ona to bowiem zaprojektowała i wybudowała gmach,
w którym pomieściła się katedra i laboratorium profesora Goriełowa, a zbudowała go tak, że, jak sam mówił, zdobyła tym jego duszę.
Każdy człowiek ma w swoim życiu milowe słupy pamięci — jakąś największą godzinę dzieciństwa, pierwszą miłość, spotkanie z kimś prawdziwie wielkim, i chwile te są jak gdyby osiami, na których obracają się całe obszary życia w nowe strony, gdzie odsłaniają się nieprzeczuwalne horyzonty. Taka chwila nastąpiła dla mnie, gdy po nie zdanym, czyli, jak się u nas mówiło, oblanym egzaminie z mechaniki teoretycznej Goriełow, nie wypuściwszy mnie ze swego gabinetu, wdał się ze mną w rozmowę. Był czerwiec, wspaniały, zielony czerwiec za oknami w ogrodzie Instytutu, kiedy, patrząc mi w oczy, powiedział:
— Pod uderzeniem metal wydaje dźwięk. Robercie, żądam, żebyś odpowiedział mi szczerze na pytanie, które ci zadam. Zgadzasz się?
Nic nie odpowiedziałem, ale w moim spojrzeniu musiał wyczytać, że chcę być jak metal, i po chwili ciągnął:
— Żeby być pożytecznym dla innych i siebie, człowiek musi znajdować coraz to nową radość w swojej pracy. Wiem, że starczy ci zdolności, by nauczyć się tego, co jest potrzebne, żeby zdać u mnie egzamin, ale to jeszcze bardzo mało. Jestem pewien że umiesz włożyć siebie całego w to, co cię porwie. Powiedz mi, co to jest.
Nie umiałem odpowiedzieć.
Teraz, nie patrząc już w moje oczy, Goriełow dodał ciszej i ostrożniej, jakby zbliżał się do czegoś zwiewnego:
— Kiedy czujesz się szczęśliwy? Mów, co czujesz, bo od tego może zależeć bardzo wiele.
— Szczęśliwy jestem rzadko — odpowiedziałem. — To są tylko chwile, ale mnie z tym dobrze… Ostatni raz, kiedy byłem na Dżangi–
Tau, bo musi pan wiedzieć, że należę do naszego klubu
wysokogórskiego i mówią, że jestem dobrym alpinistą. Były tam takie chwile, kiedy chciałem, żeby trwały i żeby to nie były wakacje ani obóz treningowy, ani rozrywka, ale żeby to właśnie było moje prawdziwe życie.
— Kiedy to było? Powiedz dokładniej — szybko jakoś, wciąż nie patrząc na mnie, spytał Goriełow.
— Kiedy groziło niebezpieczeństwo — powiedziałem po prostu, bo tak rzeczywiście czułem. — I kiedy trzeba było decydować o wyborze drogi, o nowym, jeszcze nie przebytym wariancie wspinaczki, o
nieznanym szlaku. Kiedy brałem udział w nocnej wyprawie ratowniczej i pierwszemu udało mi się znaleźć zaginionego.
— Lubisz ryzykować — powiedział surowo Goriełow. —
Zauważyłem to po sposobie, w jaki mi odpowiadałeś na pytania. Ale ze mną nie udało ci się, bo ja jestem nieprzebytą skałą. — Tutaj powinien się był chyba uśmiechnąć, lecz tego nie uczynił.
— Czy poddałeś się kiedy próbie? — spytał po chwili. Poniosła mnie duma. której, wiem o tym, miałem i dziś jeszcze mam zbyt wiele.
— Osiemnaście godzin byłem sam w ścianie Użby i wróciłem, kiedy rozeszły się mgły. To była moja pierwsza próba.
— Ale nie ostatnia — odparł Goriełow.— Czy to, co zrobiłeś, było konieczne?
Zawahałem się.
— Nie…
— Wiedziałem! — powiedział Goriełow i teraz zobaczyłem,
dlaczego ukrywa przede mną twarz. On się uśmiechał, ale nie do mnie. Uśmiechał się do czegoś w sobie, może do swojej młodości, którą widział w tej chwili bardzo bliską i bardzo płonącą. Potem, jakby wspomniawszy, że nie o sobie ma decydować, zwrócił na mnie oczy i drugi raz w tej rozmowie poczułem, że przypomina mi kogoś tak bliskiego,
jakby był częścią mnie samego, lecz nie wiedziałem, kogo — i poczułem lęk.

Mechanicy — powiedział Goriełow — matematycy,
Wątki
Powered by wordpress | Theme: simpletex | © Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.