Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.
- Aż demonów?...
- One przynajmniej mogą być przedmiotem badań. Kiedyś, przed laty, niecoz nimi eksperymentowałem. Jestem przecież jednym z Czterech, którzy zstąpilido Piekielnej Studni, o ile jeszcze o tym pamiętasz, Archiwisto. Było to wówczas,gdy Pan Agni udał się do Pałmaidsu po Tarakę. - Pamiętam. - W takim razie pewnie czytałeś o najwcześniejszych próbach kontaktuRakaszą? - Czytałem opowieść o dniach, gdy był uwięziony... - Zatem musisz wiedzieć, że demony zamieszkują ten świat jeszcze odczasów, zanim Człowiek zdążył przybyć z Urath. Tak wyciągnął się w fotel u, przygotowany na dłuższy wykład. Jama pociągnąłwina. - Wiem. - Wtakim razie-ciągnął dalej gospodarz - powinieneś wiedzieć również i to,że są to stwory utworzone raczej z energii niż z materii. Ich własne legendypowiadają, że dawniej miały ciała i mieszkały w miastach. Ale namiętnośćw poszukiwaniu nieśmiertelności kazała im pójść inną drogą niż ta, którą kroczyłCzłowiek. W końcu znalazły sposób na wieczne trwanie w formie pól stałej energii.Porzuciły więc swe ciała by żyć wiecznie jako wiry mocy, Lecz nie są czystymintelektem. W wiecznotrwaniu zachowały swe Ja, a jako zrodzone z ciała, żyjąw nieustannym pragnieniu przyobleczenia się w materię, l chociaż mogą przybraćdowolne kształty, nie są w stanie uczynić tego bez czyjejś pomocy. Mijały stulecia,a demony bez celu błąkały się po świecie i dopiero przybycie Człowieka wytrąciłoje z tej bezczynnej błogości. Przyoblekły na siebie kształty nocnych mar, by go stądprzegnać. Dlatego zostały pokonane i uwięzione. Teraz, gdy zbudowałem machinędo inkarnacji, pragną skorzystać z niej i przybrać ciała. Nie możemy do tegodopuścić, by raz pojmane, zamknięte w butlach magnetycznych, wyszły na świat. - Zaś Sarn uwolnił je, by mu służyły - dokończył Tak. - No właśnie - westchnął Jama, po czym nerwowo poruszył się w fotelu.- Zawarł pakt z demonami, a teraz pewna ich ilość znowu błąka się po świecie.Nikomu nie są posłuszne, może z wyjątkiem Siddharthy. Za to z wszystkimi sągotowe oddawać się pewnemu nałogowi. - Są namiętnymi hazardzistami... są gotowe grać o wszystko, jeśli zaśmożna mówić, że mają punkt honoru, to tylko w jednej sprawie: długów. Musząpłacić, w przeciwnym razie nie znalazłyby godnych siebie partnerów, tracącjedyną rozrywkę. Wielka jest ich moc, nawet książęta zasiadają z ni m i do stolikaw nadziei, że wygrywając wprzęgną je do służby. W ten sposób przegrywano całe królestwa. - Hm... - zamyślił się Tak, przywołując na pamięć scenę, której byłświadkiem. - Jeśli, jak twierdzisz, Sam grał z Ralatrikiem w jedną z tychdawnych gier, to co mogło być stawką? Jama jednym haustem opróżnił kieliszek. Dolał wina z karafki. - Sam jestgłupcem. Albo nie; Sam jest graczem.Rakaszą może sprawować kontrolęnad pomniejszymi bytami energii. Sam, dzięki pierścieniowi, który nosi,jest w stanie podporządkować sobie siły ognia. To właśnie jego wygrana.Siły ognia... bezmózgie, podrzędne istoty, lecz każda z nich wytwarza mocpioruna. Teraz Tak dopił wina. - A jaką stawkę mógł wnieść Sam? Jama westchnął ciężko. - Oczywiście, tylko jedno: całą moją pracę, wysiłekponad pięćdziesięciu lat prób i rozmyślań. - Swoje ciało? Jama pokiwał głową. - Ludzkie ciało... oto największa pokusa, na jaką możewystawić demona człowiek. - Dlaczego ryzykował aż tyle? Jama popatrzył nań niewidzącym spojrzeniem. - Był to zapewne jedynysposób, by mógł wzbudzić, w sobie wolę życia... jedyna metoda związania sięz własnym losem. Tylko w ten sposób, ryzykując wszystkim za każdym obrotemkości, mógł wczuć się w swe nowe życie. Tak bez pytania napełnił kieliszek, głośno przełknął kolejny łyk i spojrzał narozmówcę nieco nieprzytomnie,- To, co mówisz, jest nie do pojęcia. To Niepoznawalne... w każdym razie, gdy o mnie chodzi. Ale Bóg Śmierci potrząsnął głową. - Nie, to jedynie nieznane. Sam ani niejest szaleńcem, ani świętym... przynajmniej nie całkiem...---zakończył. A gdyzapadła noc, błąkał się po klasztorze, rozpylając swój specyfik przeciwko demonom. Następnego dnia rano koło klasztoru pojawił się mały człowieczek. Podszedłdo drzwi, usiadł na progu i zaczął bić pokłony, czołem dotykając stóp. Ubranybył pospolicie w wytarty, brązowy habit z samodziału, zwisający aż do kostek.Czarna przepaska zasłaniała mu lewe oko. To, co pozostało mu z włosów, byłobardzo ciemne i bardzo długie. Ostry nos, mały pdbródek, wysokie, płaskieczoło - miał jakąś taką lisią twarz. Był ogorzały, miał szorstką, twardą skórę.Zdawało się, że to jedyne oko, którym patrzył, nigdy nie mrugało. Siedział tak przed głównym wejściem może dwadzieścia minut, aż jedenz mnichów Sama go zauważył i dał znać któremuś z ludzi Ratri. Ubrany w czarnyhabit mnich bogini znalazł kapłana i przekazał mu informację. Ten znowu,Pragnąc zasłużyć sobie na opinię gorliwego wyznawcy, posłał po żebraka, kazał go wpuścić do środka, nakarmić, przyodziać! ulokować w cel i, gdzie możespać do woli i pozostać tak długo, jak zechce. Żebrak przyjął jadło z manierami bramina, lecz sprawiał wrażenie, jakbyjadalne było wszystko poza chlebem i owocami. Przyjął też ciemną opończę - habit zakonu Ratri - ubrał się, a swe dawne łachmany cisnął do kąta. Poczym rozejrzał się po celi, zwłaszcza zaś starannie przyjrzał się macie dospania, którą przed nim rozłożono. - Dzięki, czcigodny - zwrócił się do kapłana głosem dźwięcznym i o pięk-nym brzmień i u, choć może zbył donośnym jak na człowieka tak marnej postury. - Dziękuję i modlę się do bogini za was, za waszą dobroć i szlachetność.
|
Wątki
|